Gruba Kreska

gruba kreska

Przerwa Techniczna

Post ten kieruję do grona tych osób, które zapewne są zawiedzione ostatnią moją aktywnością w tym miejscu, a raczej jej brakiem. To nic, że jest was może trzy sztuki, może trzydzieści, o każdego czytelnika należy dbać tak, jakby był on jedynym na świecie. Mój czytelnik, mój p… bez przesady.

DZIEJE SIĘ

Nie chodzi o to, że nic się nie dzieje. Przeciwnie – dzieje się, tylko nie wypada mi o tym pisać. Nie tutaj. Doszłam do takiego momentu, że muszę zburzyć cały istniejący porządek, aby stworzyć nowy, lepszy i nie wystarcza już czasu oraz energii na nowe przepisy, posty, a spostrzeżenia, którymi chciałabym się z wami dzielić, wieją nieco oskarżycielskim, zgorzkniałym tonem. Nie potrzebujecie tego, prawda ? To nie jest też tak, że nagle przeszła mi ochota na prowadzenie tego bloga, bo włożyłam w niego sporo pracy, choć koncepcja nieco mi umyka i może to jest znak, że nadszedł czas na tą przerwę techniczną? Przerwę, w której poukładam sobie choć kawałek mojego zagmatwanego życiorysu, przypominającego znany angielski wierszyk: ‘Humpty-dumpty sat on the wall, Humpty-dumpty had a great fall, all the king’s horses and all the king’s men couldn’t put Humpty together again’. Może nie ma aż takiej tragedii, ale czuję, że tylko to pasuje do mnie w tej chwili. Wielkie rozbite jajko.

BĘDZIE DOBRZE

Żeby brać się z życiem za bary, należy mieć do tego siłę i czas, należy być maksymalnie skoncentrowanym na oczekiwanym rezultacie. Upewnijcie się, że nie czytacie kolejnych motywacyjnych bzdetów. Nie, nie jestem zwycięzcą. W tej chwili nie wiem, czy w ogóle jestem, ale niczym dziwna pani z końca youtuba powtarzam uparcie, iż ‘będzie dobrze’, cokolwiek miałoby to dla mnie oznaczać. Pozostawiam niektóre sprawy w zawieszeniu i skupiam się tylko na tym, co dla mnie najważniejsze. Kiedy sprawy się ustabilizują na tyle, aby wrócić do pisania, nie będziecie na pewno czuć zawodu.

Zostawiam wam moje archiwalne posty, przepisy, recenzje i inne przemyślenia. Nie wykluczone, że podczas tej przerwy dopadnie mnie jakaś wena lub jej niepełna wersja. Swoje spostrzeżenia zostawcie w komentarzach lub na moim fanpage’u: http://www.facebook.com/demonizacja

 

 

 

 

Lasagne według Demona

lasagne

Lasagne

Choć na pierwszy rzut ucha można pomyśleć, że chodzi o łazanki, to na pierwszy rzut oka już wiadomo, że poza makaronowością tego dania lasagne nie ma z nimi nic wspólnego. Najbardziej klasyczną, z mięsnym (sorry…) sosem bolognese po raz pierwszy skonsumowałam w Polsce i muszę przyznać bez bicia, że Włosi mogą się od nas uczyć. Oczywiście, ci Włosi, u których potem jadłam lasagne.

Sos boloński w wersji wegetariańskiej to nic prostszego, jednakże dla mnie osobiście najbardziej elektryzującą wegetariańską odmianą lasagne jest ta ze szpinakiem, sosem beszamelowym i sporą ilością żółtego sera. Tu i ówdzie pozwoliłam sobie na moje autorskie ulepszenia, gdyż generalnie istnieje tu spore pole do popisu dla kulinarnej fantazji. Tym sposobem powstało danie niedrogie, smaczne i warte czasu poświęconego na jego przygotowanie.

LASAGNE POTWORA Z BAGIEN – tym razem vegetarian😛

– makaron na lasagne jaki jest, każdy widzi;
– szpinak mrożony w liściach ok.500g
– 2 ząbki czosnku
– przyprawa a la warzywko
– włoska przyprawa z Lidla ‘Al Funghi’ lub parę pieczarek
– suszone pomidory ze słoika lub z torebki – dowolnie
– ser edamski tak z 300g
– mleko 0,5litra
– masło 100g
– mąka 100g
– gałka muszkatołowa
– sól
– olej

Jeśli akurat dysponujesz blaszką do pieczenia chleba, tak jak ja – wykorzystasz ją teraz do upieczenia lasagne. Jeśli nie – poszukaj innej blaszki lub naczynia żaroodpornego, które rozmiarowo mniej więcej odpowiada płatom makaronu, ostatecznie z pewnymi modyfikacjami. Cały sekret polega na tym, że koniec końców surowy makaron musi się ‘ugotować’ w cieczy z sosu i nadzienia, a ty masz dopilnować, aby proces ten przebiegł bez zakłóceń. Absolutnie nie polecam gotowania makaronu przed układaniem lasagne – wasze danie może później przypominać bezkształtną breję o smaku szpinakowym albo mięsno-pomidorowym. Bleh…

FARSZ

Szpinak rozmrażamy pod przykryciem na rozgrzanej patelni z odrobiną oleju. W międzyczasie siekamy czosnek – znowu trafił mi się tak zmutowany, że jeden ząbek jest jak trzy, który następnie, po rozmrożeniu, dodajemy do szpinaku wraz z połową łyżeczki przyprawy a la warzywko, taką samą ilością gałki muszkatołowej, ponad dwiema łyżkami stołowymi przyprawy ‘Al Funghi’ (lub uduszonymi uprzednio pieczarkami), garścią suszonych pomidorów. Mieszamy i zestawiamy z palnika, aby rozpocząć prawdziwy rytuał.

szpinak

Smażing

SOS BESZAMELOWY

Jeśli nie chce ci się podjąć tego wysiłku, aby zapoznać się z nieco tajemną wiedzą kuchenną, kup po prostu Carbonarę w proszku razy dwa i dosyp do niej trochę pieprzu oraz gałki muszkatołowej. Nie czytaj też dalej tego fragmentu – wiedza tu zawarta jest godna tylko  wytrwałych eksperymentatorów.
Gdy pierwszy raz podeszłam do przygotowania sosu beszamelowego, zamiast pysznego kremowego, aromatycznego sosu wyszła mi żałosna, ciastowata breja o smaku zdominowanym przez mąkę pszenną. Już miałam pójść na łatwiznę, kupić tą Carbonarę, ale stwierdziłam, że świat należy do odważnych i tych mieszających w garnkach również to dotyczy. Tym razem jednak eksperyment się powiódł, a ja mogę podzielić się z wami moimi spostrzeżeniami.

sos beszamelowy

Sos beszamelowy under construction

Masło i mąkę podgrzewamy na patelni, mieszając. Po roztopieniu masła wyjdzie nam niezbyt ciekawa brązowa papka, ale nie należy się tym przejmować i jak najszybciej dolać mleka, powoli mieszając do uzyskania gładkiej, lecz dość gęstej, właściwej dla sosu konsystencji. Uważamy, aby nie przesadzić z tym podgrzewaniem, bo konsystencja kleistego gluta murowana. Po drodze dodajemy sól, pieprz i gałkę muszkatołową. Tak, tak, dziecinnie proste, ale uwierzcie mi – niejeden na tym sosiku połamał łyżkę w przypływie wszechogarniającego wkurwu.

sos beszamelowy

Gotowy sos

Jeśli mamy już szpinak, sos beszamelowy oraz starty ser, to znaczy, że możemy przystąpić do konstruowania zawartości blachy do pieczenia.

ser edamski

Nie zapominajmy o serze !!

Bierzemy jakąś sporą miskę, nalewamy gorącej wody i zanurzamy kilka płatów makaronu. To sprawi, że będą potem smaczniejsze i nabiorą trochę wody potrzebnej do ugotowania. Blaszkę smarujemy olejem i układamy warstwy mniej więcej tak: makaron-ser żółty-makaron-szpinak-makaron-sos beszamelowy. Ja bardzo często łączę sos ze szpinakiem i/lub z serem, ser ze szpinakiem itd. Pełna dowolność. Ostatnia warstwa to: makaron-sos beszamelowy posypany sporą ilością sera.

lasagne

Lasagne zusammen do kupy – Step 1

lasagne ze szpinakiem

Step 2

lasagne ze szpinakiem

Step 3

lasagne ze szpinakiem

Finish🙂

Tak skonstruowaną instalację podlewamy niewielką ilością wody, przykrywamy szczelnie aluminiową folią i wstawiamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika na 45 minut lub nieco więcej. Po upływie tego czasu zdejmujemy folię i zostawiamy chwilkę w piekarniku, aby przypiec ser. Ja nie przepadam za zjaranym serem, toteż trwało to krótko i na zdjęciu wypada dość blado.

lasagne ze szpinakiem

W piekarniku

Lasagne kroimy porządnym, ostrym nożem, bo inaczej cały projekt może się niefajnie rozjechać, co zepsuje efekt wizualny. Kto lubi ten polewa glazurą balsamico i serwuje z białym winem lub Martini.

Smacznego !

lasagne ze szpinakiem bez mięsa

Lasagne ze szpinakiem

Władcy Chaosu

Z black metalem zetknęłam się gdy miałam piętnaście lat, kilka lat po całej fali medialnej biegunki o kolejnych podpaleniach kościołów i szatańskiej muzyce z Norwegii, która z całą pewnością przyczyniła się do tego. Popłynęłam, nie zdając sobie sprawy do końca z tego, w czym płynę. Zapewne gdyby ta książka wpadła mi w ręce w tamtym okresie, zsikałabym się w moje czarne gacie. Biorąc ją do rąk jako star… wyjadaczka muszę z wielkim rozczarowaniem przyznać, iż połowę książki przespałam. Nie, to nie znaczy, że książka jest zła i nudna, ponieważ coś jednak dzieje się w tej połowie, którą przeczytałam w standardowym stanie świadomości.

MUZYKA O SZATANIE

Na samym początku czytelnik poznaje kilka historii zespołów muzycznych, które pomimo sporych rozjazdów stylistycznych chętnie korzystały z piekielnej oprawy swojej twórczości, nie stroniąc także od konkretnych elementów wizualnych. Jak sami artyści przyznają, chodziło o zwrócenie na siebie uwagi. Nikt raczej nie spotkał się bliżej z tym, o czym pisał teksty. Diabeł jednak został wprowadzony na salony i stał się całkiem medialnym celebrytą. Jakoś tak się też złożyło, że przy okazji ten moment pokrył się mniej lub bardziej ze wzmożoną aktywnością Kościoła Szatana, na którego czele stał wówczas Anton Szandor LaVey. Przypadek? Nie sądzę, ale to już moje prywatne spostrzeżenia. Wróćmy do książki ! Po tak miłym wprowadzeniu, po którym czytelnik ma już wrażenie, że ten Szatan to tylko dobry wujek i nic mu się nie stanie, jeśli się z nim trochę pobawi, następuje dość szybki wjazd w meritum sprawy.

NORWESKI BLACK METAL

Black Metal w Norge i tu zaczyna robić się ciekawie, gdy tylko zapłonie pierwszy kościół. Podejrzanym oraz – jak się okaże – sprawcą będzie młodziutki Kristian Vikernes, który przyjął imię Varg, co by było straszniej. Resztę historii co bardziej wtajemniczeni znają dość dobrze – podpalenia, porwanie, zabójstwo Euronymousa. Głodnych wszelkich pikantnych szczegółów zgromadzonych wokół sklepiku Helvete oraz Inner Circle odsyłam do książki – jakkolwiek, jest tego trochę. Z całej tej gmatwaniny zdarzeń wynika jasno, że ludzie nie chcieli być tacy jak wspomniane na początku książki zespoły, której używały satanistycznych artefaktów tylko dla kreacji artystycznej. Chodziło o to, aby na prawdę wcielać w życie to, co przekazywała ich muzyka. Ot, cała istota bycia ‘true’.  W dodatku Norwegia, państwo policyjne, gdzie tuszuje się przejawy przemocy, usiłuje się wyciąć z życia wszystko co brzydkie, okazała się doskonałym gruntem dla ich niecnej działalności. Jest mrocznie, jest brzydko i źle, ale też czasami… dość zabawnie, bo czy wiecie, że Euronymous – tak, ten straszny, zły, megalomański, ten sam, który rzekomo mało co nie zamordował Vikernesa, nie udzielił wywiadu, bo babcia mu zabroniła kontaktu z mediami ? Ileż władzy potrafi mieć starsza kobieta ! Warto również wspomnieć, że sklepik Helvete doczekał swego smutnego końca za sprawą nacisku rodziny tegoż pana. Widać, nie taki diabeł straszny.

KULTURA, HISTORIA I CORPSE PAINT

Poza iście kryminalną historią Black Metalu w Norwegii, autorzy książki przemycają sporo faktów historycznych, kulturowych i to są przeważnie te fragmenty, które przespałam, tudzież przekontemplowałam nad rzeczami zupełnie nie związanymi z lekturą. Zaraz obok szeroko opisywanego światopoglądu Vikernesa i jego ziomków. Nie powiem jednak, aby wszystko, poza dramatycznymi wydarzeniami w Oslo było nudne jak flaki z olejem. Dowiedziałam się między innymi, iż używany przez ekstremalne zespoły corpse paint ma korzenie w europejskiej kulturze. To już powód, aby nosić go z dumą, zamiast śmiać się, że panowie są ‘jak malowani’. Książka powinna się znaleźć na półce każdego szanującego się znawcy tematu choćby po to, aby mógł do niej sięgnąć, kiedy najdą go wątpliwości natury ‘a jak to właściwie było’. Kiedy zechce podpalić kościół lub zaszlachtować sąsiada w imię ‘prawdziwości’. Niemniej jednak na niepogodę lub dla samej rozrywki poleciłabym inne tytuły.

Papryka Faszerowana czyli Seasons in the Abyss

Trochę mi się przysnęło i obudziłam się, gdy sezon na paprykę dawno już za nami, a w sklepach można ją nabyć za ponad 10 złotych za kilo. Nie mogę jednak już dłużej ukrywać przed wami tej receptury. Poczekacie z wykonaniem na lepsze (tańsze) paprykowo czasy lub odżałujecie trochę grosza. Majątek tak czy inaczej to nie jest, jak przystało na bezmięsną kuchnię.

papryka faszerowana soczewicą

Papryka Ciemności m/

Paprykę faszerowaną, przeważnie farszem mięsnym, spotykamy głównie w restauracjach z kuchnią grecką. Wersję z soczewicą, nieco ulepszoną przeze mnie, miałam przyjemność zakosztować w stołecznym Tel Avivie przy ulicy Poznańskiej. Okolica ta pełna jest ciekawych wrażeń kulturowo-gastronomicznych i na pewno jeszcze nie raz się tam zapuszczę w poszukiwaniu inspiracji kulinarnych.

PAPRYKA CIEMNOŚCI – vegetarian/vegan

-3 ładne, niekrzywe papryki czerwone
-blacha wysmarowana olejem
– ser żółty edamski, veganie użyją żółtego ‘sera bez sera’

FARSZ:

– ok.300g soczewicy zielonej
– średnia cebula
-nieduży bakłażan
-jedna średnia papryka – może być krzywa
-kukurydza konserwowa Bonduelle – puszeczka ‘dla singli’
– 1 średni pomidor
-przyprawa Kotanyi Zioła Włoskie ok. 1 łyżka
– 1 łyżka stołowa papryki słodkiej
-duży ząbek czosnku albo dwa mniejsze
-2 łyżki oleju
– sól do smaku

Soczewicę przed ugotowaniem należy namoczyć. Najlepiej, aby moczyła się kilka godzin. Gotujemy ją do miękkości w wodzie z dodatkiem soli lub kostki rosołowej (przeważnie rosołowość tej kostki zawiera się tylko w jej nazwie).

Bakłażana kroimy w plastry, układamy na talerzu i solimy, aby się ‘zsikał’. Kto czytał moje wcześniejsze przepisy, wie już po co.

papryka i cebula

Papryka & Cebula

Cebulę i paprykę siekamy w kostkę, następnie wrzucamy na patelnię z rozgrzanym olejem. Smażymy, aż warzywa trochę zmiękną. W międzyczasie obieramy ze skóry pomidora, kroimy w kostkę i dodajemy do cebuli z papryką. Na tym etapie możemy też już sypnąć przyprawami.

Bakłażana płuczemy i kroimy w kostkę. Dodajemy do warzyw, podlewamy odrobinę wody i dusimy ok.10 minut. Wrzucamy też kukurydzę.

bakłażan kukurydza cebula papryka

Smażing – ach te kolory❤

Bakłażan musi zmięknąć i zmienić kolor, wtedy do całości dodajemy soczewicę, mieszamy. Sprawdzamy intensywność smaku i dodajemy stosownych przypraw, jeśli istnieje taka konieczność.

Farsz gotowy. Można zabrać się za paprykę. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Papryki kroimy na pół – w poprzek lub wzdłuż, jak kto woli. Wyjmujemy gniazda nasienne. Układamy wydrążone papryki na blasze i napełniamy najpierw serem, następnie farszem. Wstawiamy na ok.20 minut do piekarnika.

papryka faszerowana

Papryka gotowa do wypełnienia🙂

ser żółty

Najpierw ser…

soczewica papryka

Z farszem🙂

Wyznacznikiem tego, że papryka jest dobrze zapieczona jest jej miękkość. Sprawdzamy ją widelcem, po czym posypujemy paprykę startym bądź pokrojonym serem i zapiekamy, aż ser się roztopi.

papryka faszerowana

W piekarniku

Tak przyrządzona papryka doskonale komponuje się z sosem czosnkowym lub pomidorowym. Dobrze też zapić ją niezbyt tanim winem.

Smaczności !!

papryka faszerowana soczewicą

Papryka Ciemności – voila !!

TFP WTF??!!

Niegdyś fotograf był kimś w rodzaju magika, cudotwórcy i szarlatana w jednej osobie. Sprzęt oraz jego eksploatacja kosztowała krocie, a proces obróbki trwał długie godziny i wymagał pewnego doświadczenia. Dziś, kiedy aparat cyfrowy występuje w każdym domu pod różnymi postaciami, a efekt końcowy możemy ujrzeć w ciągu kilku sekund, fotografowanie stało się czynnością porównywalną ze spuszczaniem wody w kiblu. Oczywiście, dla pewnej sporej grupy osób, bo garstka dalej wierzy w magię. Magia, pomimo usilnych prób zepchnięcia jej do rangi niezbędnych czynności życiowych, ma swoją cenę, niekoniecznie wyrażoną w walucie.

Każdy jest fotografem

W tym stanie rzeczy fotografem może być każdy. Tak: każdy, bo przecież w sklepie nikt nie zagląda w oczy, poszukując tam umiejętności patrzenia. Wystarczy kilkaset złotych na zakup sprzętu. Producenci walczą zaciekle o mainstreamowego klienta, zasypując półki marketów coraz to nowszymi modelami aparatów dla amatorów. Pozostaje wyciągnąć rękę z kartą płatniczą i kolejny krok to stosowna strona na fejsie, maxmodels czy innym serwisie, gdzie można promować pod szyldem ‘Ktośtam Photography’ swoje zdjęciowe wytwory. Trzeba jeszcze namówić Maryśkę z sąsiedniego bloku, aby została naszą modelką. Nie jest ona ładna ani szczupła, ale bardzo chce, więc czemu nie? Od czegoś trzeba zacząć. Byle tylko na tym nie poprzestać. Nie kwestię estetyki chciałam jednak poruszyć, ponieważ to dość subiektywna kategoria i nie mnie ją oceniać. Sama robię zdjęcia, które określam jako ‘brzydkie’, bo mierzi mnie ten cały pęd w kierunku stylistyki ocierającej się o gazetę lub czasopismo Vogue i daję temu wyraz. Chciałabym skupić się na tym, że w tej chwili bycie fotografem lub modelką, niekoniecznie z lśniących okładek, oznacza robienie wszystkiego za darmo. Zupełnie tak, jakby to była niczym nie skrępowana czynność fizjologiczna.

TFP

TFP czyli Time For Prints jest to najczęściej stosowana forma współpracy między fotoamatorem a modelką wydłubaną póki co z dzikiego tłumu. Wymiana ta ma charakter barterowy – fotograf dostaje ‘tworzywo’ w postaci modela, model dostaje ‘produkt’ w postaci zdjęć. Z początku jest to związek idealny, lecz potem pojawiają się wątpliwości i następuje bezlitosna weryfikacja. Mówi się o tym, że ten rynek jest zepsuty, bo w istocie tak jest, jednakże nie do końca. Przyglądając się temu zjawisku odpowiednio długo oczami jego uczestnika, z niewielkim dystansem, można zauważyć jedną prawidłowość: w tym systemie ciężko wzbić się na wyższy poziom, zarówno jako fotograf jak i model. System TFP zakłada tylko kilka stopni wtajemniczenia, za dalsze wypadałoby zapłacić. Najlepiej gotówką. Jak w tej gierce, gdzie lepsza broń czy fajniejszy avatar wymaga stosownego przelewu. Zaraz dopadną mnie wielce oburzeni pstrykacze, że nie doceniam wagi miłości do fotografii i poświęcenia dla sztuki. Niestety, miłością nie można wycierać się w nieskończoność. Jak w każdym dłuższym związku i tutaj ma ona swój termin ważności. Miłością fotograf nie kupi sprzętu i nie naleje benzyny do samochodu, bo na stacji paliwowej nie ma systemu TFP. Biletu na autobus też nie kupi. Miłość nie naprawi mu sprzętu, a jeśli przypadkiem pan pstrykacz również maluje i stylizuje, niech nie oczekuje od niej, że odpłaci mu kosmetykami czy ubraniami. Miłość – również w tym wypadku – boli i jest totalnie niewdzięczna. O ile na początku siłą napędową jest jeszcze entuzjazm, chęć zaistnienia, pokazania, przeżywania, po jakimś czasie pojawia się wszechogarniający brak motywacji. Robimy świetne zdjęcia i co z tego? Aplauz grupki fanów w necie oraz dokładnie nic.
Nie dziw się więc, Marysiu z sąsiedniego bloku, że twój fotograf już drugi miesiąc obrabia twoje zdjęcia. To jest właśnie cena za jego pracę, ta cena, którą wymusza na tobie zapomniany mechanizm rynkowy, a której ty nie chciałaś lub nie mogłaś mu zapłacić. Nie wymagaj nienagannej obróbki – twój fotograf ma stary, spiratowany program i pracuje na ledwie zipiącym komputerze. Gdyby takie jak ty zamiast przewalać setki złotych miesięcznie na piwko, mogły poświęcić mu chociaż te 50zł, być może nie tupałabyś teraz nóżką z niecierpliwością.

Jest tu też druga strona medalu. Porządna modelka, która nie wstydzi się niczego, ma odpowiednie warunki wizualne i doświadczenie, które przyczyni się do powstania wyjątkowych kadrów, nie pracuje za darmo. Nie wymagaj więc, towarzyszu fotografie, że Marysia pożegna ciotkę pruderię i odegra przed tobą sceny z ‘Szamanki’ Żuławskiego. Nie oczekuj modelingu na poziomie Vogue, bo Marysia musiałaby najpierw przez pół roku wcinać liście sałaty, a nikt nie robi tego za darmo, chyba, że jest chory. To jest z kolei cena za czas modela, który nie obejmuje tylko momentu wypinania się do obiektywu. Zdjęcia, które by otrzymał w zamian, nie zawsze są warte tego czasu – dojazdu, kosmetyków, maseczek, sauny, siłowni, diety, wrodzonego talentu i genetycznie zakodowanej bezwstydności. Tego wszystkiego nie dostaniesz z marszu na zasadach TFP od totalnie obcej osoby, której zdjęcia jak do tej pory podziwiałeś na maxmodels i marzyłeś, aby jej wizerunek ozdobił twoje portfolio.

Dlaczego w ogóle wydaje nam się, że daremność tych usług jest zupełnie normalna ? Dlaczego nie wmówimy np. nauczycielowi od angielskiego, że może na takich TFP zasadach pouczy nas, a my powiemy znajomym, że jest dobry ? A może zrobimy zakupy w sklepie ‘za dobrą opinię na dzielni’ ?

Za cały ten bajzel i zepsucie rynku odpowiadamy oczywiście my, jego uczestnicy po obu stronach obiektywu. Nie znaczy to, że pojęcie ceny jest na nim zupełnie abstrakcyjne. Poza niszą ‘fotografów ślubnych’ oraz nielicznych wybrańców losu czy właścicieli dobrych pleców, w dobie panoszącego się TFP, płacimy ją z krzywym uśmiechem na twarzy, przekonani, że tak należy. Cierpią na tym tylko nasze prace, poczucie własnej wartości i sensu dalszej pracy.

Demoneł TFP WTF

Pierogi z Piekła

Nie spotkałam jak do tej pory nikogo, kto nie lubiłby pierogów. Przypominające swoim wyglądem rosyjskie pielmienie, w dalszym ciągu programu mają z nimi niewiele wspólnego, a już na pewno tak zwane pierogi ruskie. Polska skłonność do kosmopolitycznego nazewnictwa tradycyjnych potraw nieco wprowadza nas w błąd, lecz nie jest to aż tak istotne, gdy ciężko nam się oprzeć temu, co spogląda na nas z talerza. Wyrób pierożków jest oczywiście czasochłonny i to bodajże jedyna ich wada, bo finansowo nie doprowadzą nas do ruiny, a doznania zmysłowe zrekompensują trudy manualnej produkcji. Tak, tak, powstały różne niby-mechaniczne ułatwiaczki tego procesu, lecz moim zdaniem najlepsze i najsmaczniejsze to pierożki wyrabiane ręcznie.

Z pierogami z pieca zetknęłam się ponad 10 lat temu w Warszawie i nie za sprawą osławionej Pierogerii, a pewnego baru sałatkowego na Placu Bankowym. Leżały na talerzu i mówiły do mnie ‘weź mnie’. Na fiszce cenowej napisane było: pierogi włoskie. Spytałam, czy zawierają mięso, a miła pani wyjaśniła mi, że nie. Były moje. Złote, chrupiące, z artystycznie ulepioną falbanką. Po kilku latach postanowiłam wykonać je w domu, pomagając sobie zestawem foremek z Lidla, które nadają im TEN kształt. Produkcja owszem czasochłonna, finanse nie cierpią, rezultat – bezcenny.

foremki do pierogów Lidl

Foremki do produkcji pierożków by Lidl

PIEROGI Z PIEKŁA – NADZIENIE WŁOSKIE – vegan

CIASTO:

– 1/2kg mąki
– zioła z Lidla do pizzy lub Kotanyi Zioła Włoskie – te ostatnie zawierają sól, więc trzeba uważać przy soleniu
– pół łyżeczki soli
– 3 łyżki oleju
– 1 saszetka drożdży Dr Oetker
– ok.300ml wody, ale jakby co, można to zmodyfikować
– miska & stolnica

FARSZ:

– 300g pieczarek
– pół lub cała średnia papryka
– średnia cebula
– pomidor
– zioła z Lidla do pizzy lub Kotanyi Zioła Włoskie
– szczypta soli do smaku
– 2 łyżki oleju
– 300g warzyw mrożonych bez ziemniaków (tak na oko 1/2 torebki)
– 1,5 łyżki stołowej papryki słodkiej
– opcjonalnie ząbek czosnku drobno posiekany

ciasto drożdżowe

Robimy ciasto🙂

Wysypujemy składniki ciasta do dużej michy. Najlepiej do takiej miednicy z łazienki. Dodajemy wodę i urabiamy na gładko. Jeśli wody jest za mało, możemy jej jeszcze dodać, jeśli za dużo – dodajemy mąki, ale ostrożnie. Kiedy ciasto jest już wyrobione, przykrywamy michę ściereczką i odstawiamy w ciemny, ciepły kąt, żeby urosło. Czas rośnięcia to kwestia indywidualna, tak więc należy ciasto obserwować. W tym czasie możemy zająć się przygotowaniem farszu.

ciasto drożdżowe

Ciasto urobione

Cebulę i paprykę kroimy w kostkę, następnie wrzucamy na rozgrzaną patelnię, aby lekko zmiękczyć. Pieczarki płuczemy i kroimy tak jak umiemy. Dobrze by było, gdyby to była taka elegancka kostka.

papryka cebula

Warzywka🙂

pieczarki

Pieczarki

 

Pieczarki wrzucamy na patelnię, dodajemy przyprawy, trochę wody i dusimy pod przykryciem ok.15 minut. W międzyczasie oskórowujemy pomidora, kroimy w kostkę i po przepisowym czasie duszenia dodajemy do powstającego farszu.

pomidor obrany ze skórki

Oskórowywany pomidor – zgroza !!

Dusimy jeszcze z 5 minut, następnie dodajemy warzywa i pilnujemy, aby dobrze się rozmroziły. Ponieważ jest to farsz do pierożkow, duże kawałki warzyw przecinamy drewnianą łopatka na mniejsze kawałki. Co jakiś czas zaglądamy do ciasta, czy dobrze sobie rośnie. Mi jakoś nie chciało rosnąć, ale to kwestia temperatury w pomieszczeniu. Po przeniesieniu do kuchni zaczęło nabierać kształtów.

foremki do pierogów Lidl

Tak wycinamy ciasto przy pomocy foremki

Wyciągamy stolnicę, posypujemy ją mąką, bierzemy wałek i rozwałkowujemy ciasto w miarę cienko. Przy pomocy foremek wycinamy kółka, ostrożnie napełniamy je farszem, po czym umieszczamy na foremce i sklejamy. Należy uważać, aby pierożek był dobrze sklejony, bo potem niestety pękają pod wpływem ciśnienia, jakie powstaje w ‘komorze farszu’ podczas obróbki cieplnej. Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni, smarujemy blachę olejem i wrzucamy pierożki na ok.30 minut, aż nabiorą złotego koloru. Nie malujemy żadnym białkiem jaja, bo to wegańskie pierogi.

ciasto drożdżowe

Wałkujemy🙂

pierogi z pieca

Pierożki w Piekle🙂

Pierożki z pieca wyglądają bardzo efektownie, a smak jest godzien królewskich stołów. Doskonałe nie tylko solo, ale także w duecie z zupą kremem lub jakimś śródziemnomorskim alkoholem typu wino.

Smaczności!!

pierogi z pieca

Pierogi z Piekła m/

Zaklinacz Słów

Ta recenzja będzie niecodzienna, gdyż niecodzienna jak na mój gust jest książka, której poświęcę dziś uwagę. Jak wiadomo lubuję się przecież we wszystkim co kontrowersyjne, brutalne, zabójcze w swej prostocie i odarte ze złudzeń. Tak, pozbawione romantyzmu i bajkowości. Jaki jest Zaklinacz Słów? Właśnie taki. Inny niż wszystko, co do tej pory zostało przeze mnie zrecenzowane.

W posiadanie książki weszłam  zupełnie bezpośrednio. Autorka opatrzyła ją dla mnie stosowną, nieco osobistą dedykacją, a że klimaty orientalne zawsze gdzieś się koło mnie przewijały, bardzo chętnie przyjęłam Zaklinacza wraz z możliwością zapoznania się z lekturą.

‘…Każdemu z nas jest coś przeznaczone, coś zapisane, coś, co musi się spełnić…’ – czytam nieco wyrwane z kontekstu zdanie umieszczone na okładce. Książka jest w dotyku całkiem zamszowa, wręcz pluszowa niczym miś. Wydana z wielką dbałością o szczegóły – nawet kolor papieru zapewne nie jest przypadkowy. Jest też komponująca się zakładka – wydawca pomyślał o wszystkim.

Do zawartości spisanej na fabrycznie pożółkłych kartach podchodziłam trzy razy. Przyzwyczajona do języka reportażu lub kryminałów oraz zupełnie innego rodzaju akcji dość opornie brnęłam przez baśniową treść w poetyckiej stylizacji. Jeśli jednak wszystko ma swoje miejsce i czas, pewnego dnia, w zapchanym autokarze na trasie Lublin-Warszawa przyszedł moment, w którym książka pochłonęła mnie bez reszty i nie dała o sobie zapomnieć, aż ujrzałam ostatni wyraz na ostatniej stronie.

Rzecz dzieje się przeważnie w Londynie, choć pojawia się także Lublin oraz Kraków. Dosłownie na chwilę. Główną bohaterką jest Nina – młoda dama zamotana gdzieś na granicy dwóch światów. Tytułowym zaklinaczem jest pochodzący z Bliskiego Wschodu aktor, pełniący także rolę bajarza. Jak się potem okaże, ma on swoją mocno pokręconą historię,w którą zostanie wciągnięta główna bohaterka. Nina ulega oczywiście przeogromnej fascynacji tajemniczym cudzoziemcem i od tej pory nic już nie jest ani takie samo, ani do końca realne. Sprzęty domowe mówią, gniewają się, skwierczą, piszczą, miasto, domy również zdają się żyć innym życiem. Kot paczy, szafa gra, Czesław śpiewa. Byłoby ogromnie irytujące czytanie o tak masowym poruszeniu przyrody nieożywionej, spodziewając się książki dla dorosłych, gdybym nie wzięła trzech oddechów i nie zaczęła czytać między wierszami, bo tam znalazło się drugie dno. Cały ten korowód żyjących sprzętów AGD/RTV, mebli, materiałów budowlanych i bibelotów ma za zadanie wprowadzić czytelnika w osobliwy klimat, jak sądzę. Azaliż wprowadził on.

Kiedy już zaakceptowałam fakt, że nie wiadomo, czego można się spodziewać po wyposażeniu domu, zaczęłam kolejno poznawać niezwykłe historie, których narratorzy, wysłuchani przez głównych bohaterów, często dostawali od życia drugą szansę. Nie będę spojlerować – to wszystko można sobie przeczytać. Moją szczególną uwagę przykuł motyw bezdomnego opętanego od lat przez dżina. Ten okazał się nie mieć nic wspólnego ze swoją disneyowską, skomercjalizowaną wersją, choć z początku tak mogło się wydawać.
Zza każdej z tych historii, ubranych w ludzkie uczucia, emocje, namiętności, wyziera nieśmiało odpowiednie przesłanie. Autorka bardzo ładnie dozuje wszystkie elementy tego ‘ubioru’, co sprawia, że nie odczuwa się żadnego moralizatorskiego tonu ani też wybuchów rodem z brazylijskiej telenoweli. Wszystko jest ładne, miłe, często smutne, pełne melancholii, choć sama książka kończy się… miałam nie spojlerować… dość zaskakująco.

Po zamknięciu tej książki i odłożeniu jej na półkę pojawiło się w mojej głowie pewne retoryczne pytanie. Czy to nie jest tak, że ci ‘wstrętni emigranci’ przywożą ze sobą coś, co może stać się z czasem pewną wartością dodaną ? Kuchnia, kultura, muzyka, literatura, teatr… Czy nasz piękny kraj nad Wisłą nie jest czasem o coś uboższy ?
Tak sobie właśnie dumam, zasadzając się na kolejny kryminał Jo Nesbø.

Black Sabbath – Dehumanizer

Gdy już poruszamy się z prędkością blastów po ekstremalnej autostradzie, w pewnym momencie zazwyczaj natrafiamy na niezbyt dobrze oznakowany zjazd z napisem ‘klasyka gatunku’.  Oczywiście, nie od razu chcemy podążyć w tym kierunku, ale prędzej czy później, zmuszeni okolicznościami, zachęceni przez znajomego lub powodowani zwyczajną, prowadzącą do piekła ciekawością, w końcu postanawiamy zjechać i zobaczyć, co się za tym kryje.

Pomimo dość częstej obecności Black Sabbath we wspomnianym programie Headbanger’s Ball, który stanowił dla mnie najważniejsze źródło metalowej edukacji w latach 90, nie udało im się wpaść mi w ucho i podążyć stamtąd do innych organów. Wokal Ozzy’ego, wolne, ciężkie riffy oparte głównie na bluesowej harmonii nie były w stanie specjalnie mnie wówczas podniecić, zdawały się raczej być czymś z dość odległej epoki. Zbyt odległej dla gówniary wychowanej na Guns n’Roses i z politowaniem patrzącej na szalejący w mainstreamie grunge. Historia lubi jednak zataczać koło.

Z biografią Black Sabbath zapoznałam się bliżej dzięki miesięcznikowi ‘Tylko Rock’. Miałam wtedy 12 lat i wykupioną roczną prenumeratę, więc nic nie mogło umknąć mojej uwadze. Wiedziałam, że panowie chętnie zmieniali wokalistów, toteż dzięki uprzejmości przyjaciół zza wschodniej granicy, w kurzu i skwarze oferujących alkohol, papierosy oraz płyty CD, wkrótce mogłam na własne uszy poznać wkład każdego z nich w brzmienie ojców/dziadków metalu za sprawą jakiejś składanki chałupniczej ukraińskiej produkcji. Owszem, brzmienie to ewoluowało, lecz jedna rzecz była zawsze niezmienna: Tony Iommi i jego riffy – kwintesencja Black Sabbath.

Po płytę ‘Dehumanizer’ z roku 1992 sięgnęłam głównie z powodu wokalisty, a był nim wówczas nie-świętej pamięci Ronnie James Dio. Ten niepozorny człowieczek dysponował tak potężnym heavy-metalowym wokalem, że moim zdaniem, jest on do tej pory najlepszym wokalistą na tej działce. W zasadzie to wydawnictwo Sabbathów w dużej mierze swoją moc zawdzięcza właśnie jemu. Była to osoba wyjątkowo utalentowana, jak również niedoceniana przez rzesze fanów BS zapatrzonych w Ozzy’ego (tego typa wolę solo, ale o tym kiedy indziej). Fani ci zapewne złożą mi teraz obietnicę kocówy przy najbliższej okazji. Oczywiście, mamy tutaj też sporą porcję tego, co Tony Iommi potrafi robić najlepiej, opakowanego w metalowe brzmienie przełomu dekad, lecz tak samo ciężkie i pełne smoły z diabelskiego kotła. Każdy numer na tej płycie jest wyjątkowy, wyrazisty i z zadatkami na przebój roku, ale to właśnie ‘I’ jak dla mnie jest mistrzostwem świata zarówno kompozycyjnym, jak i wokalnym. Uważam, że Ronnie pokazał w tym kawałku swoje możliwości od początku do końca, a sam numer stworzył mu ku temu możliwość. To niewątpliwie jedna z tych piosenek, które nigdy się nie nudzą, lecz zawsze są w stanie skopać tyłek. W późniejszym czasie spod palców Iommiego wyjdzie dość podobnej mocy petarda – ‘Headless Cross’ – lecz Tony Martin w roli wokalisty to już zdecydowanie nie ta liga.

Nie mogę sobie przypomnieć za Chiny ludowe, w jaki sposób weszłam w posiadanie oryginalnego CD. Hologram na plastikowym opakowaniu daje do zrozumienia, iż musiał być to jakiś porządny punkt detaliczny, ale w czeluściach mojej pamięci nie znajduję żadnej odpowiedzi.

I am anger
Under pressure
Locked in cages
A prisoner, the first to escape…

Tacos of Torture

Muszelki do Taco

Gdy powróciłam z urlopu i wszystko, łącznie z pogodą, nachalnie dawało mi do zrozumienia, że to już koniec lata i nie ma co zbierać, postanowiłam wykonać dość odległą podróż kulinarną. Oczywiście, nie byłoby to aż tak łatwe i wesołe, gdyby nie Tydzień Meksykański w Lidlu.
Ostatnie doniesienia prasowe z portalu fronda.pl, jako że Lidl to szatański sklep, gdzie na produktach widnieje głowa kozła, a cena 6,66 mówi sama za siebie, tym bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że to mój ulubiony sklep i czuję dreszcz podniecenia, gdy już wiem, że na pewno tam idę. Myślę, że nie tylko ja przeżywam ten stan, a bzdurne wynurzenia redaktorów wspomnianego portalu to wspaniała, darmowa reklama. I choć niektóre dania instant w tym przybytku mają smak tektury z Domestosem, a ceny nie czynią szczególnych cudów, lubię ten sklep za multikulturowość żarcia oraz bardzo niemieckie, solidne podejście do wielu tematów.

Już od dawna chodziłam wokół muszelek kukurydzianych do wykonania potrawy taco. Zastanawiałam się, jak to ugryźć. W momencie powrotu do mojego miasta i zapoznania się z ofertą Lidla, spłynęło na mnie oświecenie, czego efektem była blacha pełna pyszności oraz ten spóźniony, ale nie mniej smaczny post.

TACOS OF TORTURE + SALSA MEXICANA – porcja dla 2 osób, aczkolwiek mogę się mylić…

TACOS:

– 1 opakowanie muszelek do Taco by Lidl Stiftung
– 1 puszka czerwonej fasoli w sosie chilli, też z Lidla
– garść warzyw mrożonych meksykańskich z Lidla
– 1 średni pomidor skąd chcecie
– marynowane jalapenos
– ser edamski
– mix sałat
– zioła włoskie w młynku by Kotanyi oraz łyżka słodkiej papryki
– łyżka oleju roślinnego

SALSA:

– 2 średnie pomidory
– pęczek świeżej kolendry
– 1 mała papryczka chilli
– 1 mała cebula, najlepiej czerwona, ale białą się nikt nie otruje
– odrobina soli

Główne komponenty salsy m/

Najpierw zabierzemy się za salsę – jest to rodzaj sałatko-sosu z posiekanego pomidora z dodatkiem papryczki chilli. Zanim przystąpimy do działania, musimy przyswoić jedną ważną zasadę BHP: po każdym kontakcie rąk z sokami papryczki chilli, bezwzględnie myjemy ręce. Pozwoli to uniknąć bardzo nieprzyjemnego uczucia, gdy przypadkowo, zupełnie bezmyślnie wsadzimy sobie np. palec w oko. Gorąco nie polecam.
Obrane ze skóry pomidory pozbawiamy nasion wraz z otaczającą je pomidorową galaretą, następnie siekamy w mniejszą kostkę. To samo robimy z cebulą i papryczką chilli oraz pęczkiem kolendry. Mieszamy wszystko w miseczce, po czym wyciskamy połówkę limonki. Dodajemy odrobinę soli do smaku. Wstawiamy do lodówki i zabieramy się za farsz do taco.

Salsa

Jeśli korzystaliście z mojego przepisu na Enchiladę z Pieca, przygotowanie farszu może wydać się wam bardzo podobne. Rozgrzewamy olej na patelni, wrzucamy puszkę fasoli, pokrojonego i obranego ze skóry pomidora (możemy też dodać ‘flaki’ z pomidorów użytych do salsy), podgrzewamy, po czym wrzucamy warzywa, przyprawy i wszystko to podgrzewamy aż znacznie zgęstnieje. Możemy dodać też odrobinę papryczki chilli, jeśli nam została po zrobieniu salsy. Hardkorzy mogą dodać kilka kropel Tabasco. Bez względu na poziom hardkoru, w międzyczasie zajmujemy się tarciem sporych ilości żółtego sera.
Jak wyglądają muszelki do Taco zobaczyliście już na początku tego postu. Gdy farsz nabierze odpowiedniej gęstości, zestawiamy go z palnika i bierzemy się za nadziewanie muszelek. Najpierw wrzucamy do środka starty ser, potem farsz, następnie jalapenos, na końcu ‘poprawiamy’ żółtym serem. Nadziane muszelki układamy na wysmarowanej olejem roślinnym blasze.

Step 1

Step 2

Step 3

 

Step 4

Mam nadzieję, że nie zapomnieliście w międzyczasie rozgrzać piekarnika do 200 stopni, ponieważ teraz właśnie będzie wam potrzebny. Umieszczamy tam naszą blachę z nadzianymi muszelkami na ok.15-20 minut.

W piekarniku🙂

Po zapieczeniu muszelek, wyciągamy je z piekarnika i układamy na talerzu uprzednio wyłożonym mixem sałat i salsą. Jemy ze smakiem. Popijamy piwem o smaku tequili z Lidla.
Smacznego !!

Tacos of Torture m/

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.