Zły dotyk

Kto oglądał Star Wars:The Last Jedi, ten wie. Kto nie oglądał – polecam, dobre zdjęcia.

Advertisements

Nowa fit para na polskim YouTube!!!

Właśnie obejrzałam najnowszy film na kanale AbstrachujeTV. Film pokazuje nieco alternatywne zjawisko we vlogosferze i innych mediach społecznościowych, a także tradycyjnych – już nikt nie podziwia fitblogerów czy celebrytów, bo teraz na topie są tematy naukowe i intelektualiści. Koniec ludzi sławnych z tandeciarstwa i kontrowersji! Filmy z wykopalisk, analiza “W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, teledyski o recyclingu – to się teraz klika! Obejrzyjcie koniecznie! Daje do myślenia?

Osobiście uważa, że zaraz obok “Jak tyrać dzieci?” oraz “Memy po polsku” jest to mistrzostwo w wykonaniu chłopaków z Abstra.

Weekend ze Złymi Książkami.

Tak sobie myślałam, myślałam, aż wymyśliłam, że skoro ten blog jest, to trochę go pozmieniam i będzie to takie miejsce, do którego będą wracać ci, którzy oglądają moje live’y i interesują ich poruszane tam tematy. Postaram się – tak, wiem… – nie dać ciała tym razem i w miarę regularnie coś tu wrzucać. Doping z waszej strony się przyda.

***
Uwielbiam czytać książki, choć robię to bardzo powoli, a i wybór czasem jest mocno zastanawiający, choć po skończeniu filologii angielskiej już nieco mniej. W moi koszyku na allegro widnieje chyba z 5 pozycji, w “kolejce” do czytania już nawet nie wiem ile.
Zamiast jednak zajmować się rozładowywaniem tych kolejek, od wczoraj oglądam na YouTube niejakiego Pawła Opydo w programie “Złe Książki”. Cieszę się ogromnie, ze jest taki program, bo prawdopodobnie kogoś to przed złą literaturą uchroni, dodatkowo uwrażliwiając w jakiś sposób na literaturę w ogóle. W momencie kiedy druk papierowy odchodzi do lamusa, plajtują księgarnie, a na YouTubie o wiele bardziej dynamiczne zdaje się być recenzowanie filmów czy gier, program o książkach jest swojego rodzaju krokiem pod prąd.
W programie oczywiście nie zabrakło książek z serii “50 Twarzy Greya”, które zostały wyśmiane w oparciu o przytoczone fragmenty. Jestem pełna podziwu dla prowadzącego, że tak skrupulatnie przytacza przykłady gnieżdżącego się w książkach raka, a do tego jest przezabawny i cała formuła nie trąci wywyższaniem się. Ja w każdym razie od dawna szukałam takiego programu – trochę wstyd, bo jest robiony od jakichś 2 lat, ale mam co nadrabiać.
Oprócz złych książek pojawiają się też złe filmy, a nawet złe piosenki i za to również jestem wdzięczna. Złych rzeczy jest wystarczająco dużo, aby program nie urwał się nagle z braku pomysłów.
Życzę wam miłej niedzieli i wracam do oglądania.

https://www.youtube.com/watch?v=yoNiV2vdtd4

Sukcesy

Taka sytuacja przy niedzieli.

Władcy Chaosu

Z black metalem zetknęłam się gdy miałam piętnaście lat, kilka lat po całej fali medialnej biegunki o kolejnych podpaleniach kościołów i szatańskiej muzyce z Norwegii, która z całą pewnością przyczyniła się do tego. Popłynęłam, nie zdając sobie sprawy do końca z tego, w czym płynę. Zapewne gdyby ta książka wpadła mi w ręce w tamtym okresie, zsikałabym się w moje czarne gacie. Biorąc ją do rąk jako star… wyjadaczka muszę z wielkim rozczarowaniem przyznać, iż połowę książki przespałam. Nie, to nie znaczy, że książka jest zła i nudna, ponieważ coś jednak dzieje się w tej połowie, którą przeczytałam w standardowym stanie świadomości.

MUZYKA O SZATANIE

Na samym początku czytelnik poznaje kilka historii zespołów muzycznych, które pomimo sporych rozjazdów stylistycznych chętnie korzystały z piekielnej oprawy swojej twórczości, nie stroniąc także od konkretnych elementów wizualnych. Jak sami artyści przyznają, chodziło o zwrócenie na siebie uwagi. Nikt raczej nie spotkał się bliżej z tym, o czym pisał teksty. Diabeł jednak został wprowadzony na salony i stał się całkiem medialnym celebrytą. Jakoś tak się też złożyło, że przy okazji ten moment pokrył się mniej lub bardziej ze wzmożoną aktywnością Kościoła Szatana, na którego czele stał wówczas Anton Szandor LaVey. Przypadek? Nie sądzę, ale to już moje prywatne spostrzeżenia. Wróćmy do książki ! Po tak miłym wprowadzeniu, po którym czytelnik ma już wrażenie, że ten Szatan to tylko dobry wujek i nic mu się nie stanie, jeśli się z nim trochę pobawi, następuje dość szybki wjazd w meritum sprawy.

NORWESKI BLACK METAL

Black Metal w Norge i tu zaczyna robić się ciekawie, gdy tylko zapłonie pierwszy kościół. Podejrzanym oraz – jak się okaże – sprawcą będzie młodziutki Kristian Vikernes, który przyjął imię Varg, co by było straszniej. Resztę historii co bardziej wtajemniczeni znają dość dobrze – podpalenia, porwanie, zabójstwo Euronymousa. Głodnych wszelkich pikantnych szczegółów zgromadzonych wokół sklepiku Helvete oraz Inner Circle odsyłam do książki – jakkolwiek, jest tego trochę. Z całej tej gmatwaniny zdarzeń wynika jasno, że ludzie nie chcieli być tacy jak wspomniane na początku książki zespoły, której używały satanistycznych artefaktów tylko dla kreacji artystycznej. Chodziło o to, aby na prawdę wcielać w życie to, co przekazywała ich muzyka. Ot, cała istota bycia ‘true’.  W dodatku Norwegia, państwo policyjne, gdzie tuszuje się przejawy przemocy, usiłuje się wyciąć z życia wszystko co brzydkie, okazała się doskonałym gruntem dla ich niecnej działalności. Jest mrocznie, jest brzydko i źle, ale też czasami… dość zabawnie, bo czy wiecie, że Euronymous – tak, ten straszny, zły, megalomański, ten sam, który rzekomo mało co nie zamordował Vikernesa, nie udzielił wywiadu, bo babcia mu zabroniła kontaktu z mediami ? Ileż władzy potrafi mieć starsza kobieta ! Warto również wspomnieć, że sklepik Helvete doczekał swego smutnego końca za sprawą nacisku rodziny tegoż pana. Widać, nie taki diabeł straszny.

KULTURA, HISTORIA I CORPSE PAINT

Poza iście kryminalną historią Black Metalu w Norwegii, autorzy książki przemycają sporo faktów historycznych, kulturowych i to są przeważnie te fragmenty, które przespałam, tudzież przekontemplowałam nad rzeczami zupełnie nie związanymi z lekturą. Zaraz obok szeroko opisywanego światopoglądu Vikernesa i jego ziomków. Nie powiem jednak, aby wszystko, poza dramatycznymi wydarzeniami w Oslo było nudne jak flaki z olejem. Dowiedziałam się między innymi, iż używany przez ekstremalne zespoły corpse paint ma korzenie w europejskiej kulturze. To już powód, aby nosić go z dumą, zamiast śmiać się, że panowie są ‘jak malowani’. Książka powinna się znaleźć na półce każdego szanującego się znawcy tematu choćby po to, aby mógł do niej sięgnąć, kiedy najdą go wątpliwości natury ‘a jak to właściwie było’. Kiedy zechce podpalić kościół lub zaszlachtować sąsiada w imię ‘prawdziwości’. Niemniej jednak na niepogodę lub dla samej rozrywki poleciłabym inne tytuły.

TFP WTF??!!

Niegdyś fotograf był kimś w rodzaju magika, cudotwórcy i szarlatana w jednej osobie. Sprzęt oraz jego eksploatacja kosztowała krocie, a proces obróbki trwał długie godziny i wymagał pewnego doświadczenia. Dziś, kiedy aparat cyfrowy występuje w każdym domu pod różnymi postaciami, a efekt końcowy możemy ujrzeć w ciągu kilku sekund, fotografowanie stało się czynnością porównywalną ze spuszczaniem wody w kiblu. Oczywiście, dla pewnej sporej grupy osób, bo garstka dalej wierzy w magię. Magia, pomimo usilnych prób zepchnięcia jej do rangi niezbędnych czynności życiowych, ma swoją cenę, niekoniecznie wyrażoną w walucie.

Każdy jest fotografem

W tym stanie rzeczy fotografem może być każdy. Tak: każdy, bo przecież w sklepie nikt nie zagląda w oczy, poszukując tam umiejętności patrzenia. Wystarczy kilkaset złotych na zakup sprzętu. Producenci walczą zaciekle o mainstreamowego klienta, zasypując półki marketów coraz to nowszymi modelami aparatów dla amatorów. Pozostaje wyciągnąć rękę z kartą płatniczą i kolejny krok to stosowna strona na fejsie, maxmodels czy innym serwisie, gdzie można promować pod szyldem ‘Ktośtam Photography’ swoje zdjęciowe wytwory. Trzeba jeszcze namówić Maryśkę z sąsiedniego bloku, aby została naszą modelką. Nie jest ona ładna ani szczupła, ale bardzo chce, więc czemu nie? Od czegoś trzeba zacząć. Byle tylko na tym nie poprzestać. Nie kwestię estetyki chciałam jednak poruszyć, ponieważ to dość subiektywna kategoria i nie mnie ją oceniać. Sama robię zdjęcia, które określam jako ‘brzydkie’, bo mierzi mnie ten cały pęd w kierunku stylistyki ocierającej się o gazetę lub czasopismo Vogue i daję temu wyraz. Chciałabym skupić się na tym, że w tej chwili bycie fotografem lub modelką, niekoniecznie z lśniących okładek, oznacza robienie wszystkiego za darmo. Zupełnie tak, jakby to była niczym nie skrępowana czynność fizjologiczna.

TFP

TFP czyli Time For Prints jest to najczęściej stosowana forma współpracy między fotoamatorem a modelką wydłubaną póki co z dzikiego tłumu. Wymiana ta ma charakter barterowy – fotograf dostaje ‘tworzywo’ w postaci modela, model dostaje ‘produkt’ w postaci zdjęć. Z początku jest to związek idealny, lecz potem pojawiają się wątpliwości i następuje bezlitosna weryfikacja. Mówi się o tym, że ten rynek jest zepsuty, bo w istocie tak jest, jednakże nie do końca. Przyglądając się temu zjawisku odpowiednio długo oczami jego uczestnika, z niewielkim dystansem, można zauważyć jedną prawidłowość: w tym systemie ciężko wzbić się na wyższy poziom, zarówno jako fotograf jak i model. System TFP zakłada tylko kilka stopni wtajemniczenia, za dalsze wypadałoby zapłacić. Najlepiej gotówką. Jak w tej gierce, gdzie lepsza broń czy fajniejszy avatar wymaga stosownego przelewu. Zaraz dopadną mnie wielce oburzeni pstrykacze, że nie doceniam wagi miłości do fotografii i poświęcenia dla sztuki. Niestety, miłością nie można wycierać się w nieskończoność. Jak w każdym dłuższym związku i tutaj ma ona swój termin ważności. Miłością fotograf nie kupi sprzętu i nie naleje benzyny do samochodu, bo na stacji paliwowej nie ma systemu TFP. Biletu na autobus też nie kupi. Miłość nie naprawi mu sprzętu, a jeśli przypadkiem pan pstrykacz również maluje i stylizuje, niech nie oczekuje od niej, że odpłaci mu kosmetykami czy ubraniami. Miłość – również w tym wypadku – boli i jest totalnie niewdzięczna. O ile na początku siłą napędową jest jeszcze entuzjazm, chęć zaistnienia, pokazania, przeżywania, po jakimś czasie pojawia się wszechogarniający brak motywacji. Robimy świetne zdjęcia i co z tego? Aplauz grupki fanów w necie oraz dokładnie nic.
Nie dziw się więc, Marysiu z sąsiedniego bloku, że twój fotograf już drugi miesiąc obrabia twoje zdjęcia. To jest właśnie cena za jego pracę, ta cena, którą wymusza na tobie zapomniany mechanizm rynkowy, a której ty nie chciałaś lub nie mogłaś mu zapłacić. Nie wymagaj nienagannej obróbki – twój fotograf ma stary, spiratowany program i pracuje na ledwie zipiącym komputerze. Gdyby takie jak ty zamiast przewalać setki złotych miesięcznie na piwko, mogły poświęcić mu chociaż te 50zł, być może nie tupałabyś teraz nóżką z niecierpliwością.

Jest tu też druga strona medalu. Porządna modelka, która nie wstydzi się niczego, ma odpowiednie warunki wizualne i doświadczenie, które przyczyni się do powstania wyjątkowych kadrów, nie pracuje za darmo. Nie wymagaj więc, towarzyszu fotografie, że Marysia pożegna ciotkę pruderię i odegra przed tobą sceny z ‘Szamanki’ Żuławskiego. Nie oczekuj modelingu na poziomie Vogue, bo Marysia musiałaby najpierw przez pół roku wcinać liście sałaty, a nikt nie robi tego za darmo, chyba, że jest chory. To jest z kolei cena za czas modela, który nie obejmuje tylko momentu wypinania się do obiektywu. Zdjęcia, które by otrzymał w zamian, nie zawsze są warte tego czasu – dojazdu, kosmetyków, maseczek, sauny, siłowni, diety, wrodzonego talentu i genetycznie zakodowanej bezwstydności. Tego wszystkiego nie dostaniesz z marszu na zasadach TFP od totalnie obcej osoby, której zdjęcia jak do tej pory podziwiałeś na maxmodels i marzyłeś, aby jej wizerunek ozdobił twoje portfolio.

Dlaczego w ogóle wydaje nam się, że daremność tych usług jest zupełnie normalna ? Dlaczego nie wmówimy np. nauczycielowi od angielskiego, że może na takich TFP zasadach pouczy nas, a my powiemy znajomym, że jest dobry ? A może zrobimy zakupy w sklepie ‘za dobrą opinię na dzielni’ ?

Za cały ten bajzel i zepsucie rynku odpowiadamy oczywiście my, jego uczestnicy po obu stronach obiektywu. Nie znaczy to, że pojęcie ceny jest na nim zupełnie abstrakcyjne. Poza niszą ‘fotografów ślubnych’ oraz nielicznych wybrańców losu czy właścicieli dobrych pleców, w dobie panoszącego się TFP, płacimy ją z krzywym uśmiechem na twarzy, przekonani, że tak należy. Cierpią na tym tylko nasze prace, poczucie własnej wartości i sensu dalszej pracy.

Demoneł TFP WTF

Zaklinacz Słów

Ta recenzja będzie niecodzienna, gdyż niecodzienna jak na mój gust jest książka, której poświęcę dziś uwagę. Jak wiadomo lubuję się przecież we wszystkim co kontrowersyjne, brutalne, zabójcze w swej prostocie i odarte ze złudzeń. Tak, pozbawione romantyzmu i bajkowości. Jaki jest Zaklinacz Słów? Właśnie taki. Inny niż wszystko, co do tej pory zostało przeze mnie zrecenzowane.

W posiadanie książki weszłam  zupełnie bezpośrednio. Autorka opatrzyła ją dla mnie stosowną, nieco osobistą dedykacją, a że klimaty orientalne zawsze gdzieś się koło mnie przewijały, bardzo chętnie przyjęłam Zaklinacza wraz z możliwością zapoznania się z lekturą.

‘…Każdemu z nas jest coś przeznaczone, coś zapisane, coś, co musi się spełnić…’ – czytam nieco wyrwane z kontekstu zdanie umieszczone na okładce. Książka jest w dotyku całkiem zamszowa, wręcz pluszowa niczym miś. Wydana z wielką dbałością o szczegóły – nawet kolor papieru zapewne nie jest przypadkowy. Jest też komponująca się zakładka – wydawca pomyślał o wszystkim.

Do zawartości spisanej na fabrycznie pożółkłych kartach podchodziłam trzy razy. Przyzwyczajona do języka reportażu lub kryminałów oraz zupełnie innego rodzaju akcji dość opornie brnęłam przez baśniową treść w poetyckiej stylizacji. Jeśli jednak wszystko ma swoje miejsce i czas, pewnego dnia, w zapchanym autokarze na trasie Lublin-Warszawa przyszedł moment, w którym książka pochłonęła mnie bez reszty i nie dała o sobie zapomnieć, aż ujrzałam ostatni wyraz na ostatniej stronie.

Rzecz dzieje się przeważnie w Londynie, choć pojawia się także Lublin oraz Kraków. Dosłownie na chwilę. Główną bohaterką jest Nina – młoda dama zamotana gdzieś na granicy dwóch światów. Tytułowym zaklinaczem jest pochodzący z Bliskiego Wschodu aktor, pełniący także rolę bajarza. Jak się potem okaże, ma on swoją mocno pokręconą historię,w którą zostanie wciągnięta główna bohaterka. Nina ulega oczywiście przeogromnej fascynacji tajemniczym cudzoziemcem i od tej pory nic już nie jest ani takie samo, ani do końca realne. Sprzęty domowe mówią, gniewają się, skwierczą, piszczą, miasto, domy również zdają się żyć innym życiem. Kot paczy, szafa gra, Czesław śpiewa. Byłoby ogromnie irytujące czytanie o tak masowym poruszeniu przyrody nieożywionej, spodziewając się książki dla dorosłych, gdybym nie wzięła trzech oddechów i nie zaczęła czytać między wierszami, bo tam znalazło się drugie dno. Cały ten korowód żyjących sprzętów AGD/RTV, mebli, materiałów budowlanych i bibelotów ma za zadanie wprowadzić czytelnika w osobliwy klimat, jak sądzę. Azaliż wprowadził on.

Kiedy już zaakceptowałam fakt, że nie wiadomo, czego można się spodziewać po wyposażeniu domu, zaczęłam kolejno poznawać niezwykłe historie, których narratorzy, wysłuchani przez głównych bohaterów, często dostawali od życia drugą szansę. Nie będę spojlerować – to wszystko można sobie przeczytać. Moją szczególną uwagę przykuł motyw bezdomnego opętanego od lat przez dżina. Ten okazał się nie mieć nic wspólnego ze swoją disneyowską, skomercjalizowaną wersją, choć z początku tak mogło się wydawać.
Zza każdej z tych historii, ubranych w ludzkie uczucia, emocje, namiętności, wyziera nieśmiało odpowiednie przesłanie. Autorka bardzo ładnie dozuje wszystkie elementy tego ‘ubioru’, co sprawia, że nie odczuwa się żadnego moralizatorskiego tonu ani też wybuchów rodem z brazylijskiej telenoweli. Wszystko jest ładne, miłe, często smutne, pełne melancholii, choć sama książka kończy się… miałam nie spojlerować… dość zaskakująco.

Po zamknięciu tej książki i odłożeniu jej na półkę pojawiło się w mojej głowie pewne retoryczne pytanie. Czy to nie jest tak, że ci ‘wstrętni emigranci’ przywożą ze sobą coś, co może stać się z czasem pewną wartością dodaną ? Kuchnia, kultura, muzyka, literatura, teatr… Czy nasz piękny kraj nad Wisłą nie jest czasem o coś uboższy ?
Tak sobie właśnie dumam, zasadzając się na kolejny kryminał Jo Nesbø.

Black Sabbath – Dehumanizer

Gdy już poruszamy się z prędkością blastów po ekstremalnej autostradzie, w pewnym momencie zazwyczaj natrafiamy na niezbyt dobrze oznakowany zjazd z napisem ‘klasyka gatunku’.  Oczywiście, nie od razu chcemy podążyć w tym kierunku, ale prędzej czy później, zmuszeni okolicznościami, zachęceni przez znajomego lub powodowani zwyczajną, prowadzącą do piekła ciekawością, w końcu postanawiamy zjechać i zobaczyć, co się za tym kryje.

Pomimo dość częstej obecności Black Sabbath we wspomnianym programie Headbanger’s Ball, który stanowił dla mnie najważniejsze źródło metalowej edukacji w latach 90, nie udało im się wpaść mi w ucho i podążyć stamtąd do innych organów. Wokal Ozzy’ego, wolne, ciężkie riffy oparte głównie na bluesowej harmonii nie były w stanie specjalnie mnie wówczas podniecić, zdawały się raczej być czymś z dość odległej epoki. Zbyt odległej dla gówniary wychowanej na Guns n’Roses i z politowaniem patrzącej na szalejący w mainstreamie grunge. Historia lubi jednak zataczać koło.

Z biografią Black Sabbath zapoznałam się bliżej dzięki miesięcznikowi ‘Tylko Rock’. Miałam wtedy 12 lat i wykupioną roczną prenumeratę, więc nic nie mogło umknąć mojej uwadze. Wiedziałam, że panowie chętnie zmieniali wokalistów, toteż dzięki uprzejmości przyjaciół zza wschodniej granicy, w kurzu i skwarze oferujących alkohol, papierosy oraz płyty CD, wkrótce mogłam na własne uszy poznać wkład każdego z nich w brzmienie ojców/dziadków metalu za sprawą jakiejś składanki chałupniczej ukraińskiej produkcji. Owszem, brzmienie to ewoluowało, lecz jedna rzecz była zawsze niezmienna: Tony Iommi i jego riffy – kwintesencja Black Sabbath.

Po płytę ‘Dehumanizer’ z roku 1992 sięgnęłam głównie z powodu wokalisty, a był nim wówczas nie-świętej pamięci Ronnie James Dio. Ten niepozorny człowieczek dysponował tak potężnym heavy-metalowym wokalem, że moim zdaniem, jest on do tej pory najlepszym wokalistą na tej działce. W zasadzie to wydawnictwo Sabbathów w dużej mierze swoją moc zawdzięcza właśnie jemu. Była to osoba wyjątkowo utalentowana, jak również niedoceniana przez rzesze fanów BS zapatrzonych w Ozzy’ego (tego typa wolę solo, ale o tym kiedy indziej). Fani ci zapewne złożą mi teraz obietnicę kocówy przy najbliższej okazji. Oczywiście, mamy tutaj też sporą porcję tego, co Tony Iommi potrafi robić najlepiej, opakowanego w metalowe brzmienie przełomu dekad, lecz tak samo ciężkie i pełne smoły z diabelskiego kotła. Każdy numer na tej płycie jest wyjątkowy, wyrazisty i z zadatkami na przebój roku, ale to właśnie ‘I’ jak dla mnie jest mistrzostwem świata zarówno kompozycyjnym, jak i wokalnym. Uważam, że Ronnie pokazał w tym kawałku swoje możliwości od początku do końca, a sam numer stworzył mu ku temu możliwość. To niewątpliwie jedna z tych piosenek, które nigdy się nie nudzą, lecz zawsze są w stanie skopać tyłek. W późniejszym czasie spod palców Iommiego wyjdzie dość podobnej mocy petarda – ‘Headless Cross’ – lecz Tony Martin w roli wokalisty to już zdecydowanie nie ta liga.

Nie mogę sobie przypomnieć za Chiny ludowe, w jaki sposób weszłam w posiadanie oryginalnego CD. Hologram na plastikowym opakowaniu daje do zrozumienia, iż musiał być to jakiś porządny punkt detaliczny, ale w czeluściach mojej pamięci nie znajduję żadnej odpowiedzi.

I am anger
Under pressure
Locked in cages
A prisoner, the first to escape…

Tylko Seks

Najdziksze pomysły mam zawsze, gdy pracuję w terenie. Te na własną książkę przede wszystkim. Ostatni mój pomysł na światowy bestseller ocierający się o 50 Twarzy Greya przedstawiał się z grubsza następująco: całkiem niegłupia i niebrzydka laska z prowincji (w tej roli ja), obdarzona nieprzeciętną wyobraźnią, dostatecznym skillem pisarskim oraz cyniczno-ironicznym stosunkiem do otaczającej ją rzeczywistości (ja <3), wyjeżdża za chlebem do dużego miasta (w tej roli Warszawa). Marzy jej się pisanie opowiadań do gazetek dla dorosłych, lecz nieoczekiwany splot wydarzeń zaowocuje zupełnie nowymi możliwościami, o których niunia nie śniła nawet w najbardziej mokrych snach. Oczywiście, świeżutkie fragmenty porno-prozy składowanej przez naszą bohaterkę w szufladzie, przeplatają się z akcją i niejako z nią nawet współgrają. Całość w konwencji mocno ironizującej komedii romantyczno-erotycznej. Kopciuszek w krzywym zwierciadle. Dla gospodyń, dla domu, dla rodziny. Cena 19,99 w ‘miętkiej’ okładce, na szarym papierze. Trzymać z dala od świętych obrazków, niestety…

…a potem trafiłam przypadkowo w internecie na krótki opis książki ‘Tylko Seks’ i to, co zawierał, wydało mi się podejrzanie znajome, jakby wprost wykopane z moich przemyśleń. Bohater piszący erotyczne opowiadania wyjeżdża do dużego miasta (w tej roli Warszawa) za chlebem… Podtytuł wprawdzie sugerował inną konwencję. Z daleka biło klimatem ‘ku przestrodze’. Wewnętrzny demon szeptał mi za uchem: ‘Muszę mieć tą książkę TERAZ’.  Jednocześnie mój pomysł na czytadło dla znudzonych pań i panien przestał w tym momencie być genialny. Co więcej – przestał b y ć! Nie płakałam za nim. Jestem już duża.

(zemszczę się)

‘Paradokumentalna opowieść o polskim pornobiznesie’ wciąga bez reszty, bawi, lecz przede wszystkim nie pozostawia złudzeń. To, co dla wielu przeciętnych Kowalskich wydaje się być cudownym, barwnym światem, gdzie marzenia o seksie, pieniądzach i sławie spełniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jest kompletnym bagnem z bardzo przaśnym akcentem (tak, to słowo jest teraz modne: przaśny). Niejeden z was w opisie realiów panujących w ‘redakcji’ odnajdzie elementy pasujące do firmy, w której aktualnie pracuje. Jest mobbing, jest wsadzanie na minę, są znajomości, jest bzdurna, niepotrzebna papierologia, jest chamstwo i wyzysk. Jest bardzo polskie podejście do prowadzenia biznesu. Oczywiście, zwracam honor wyjątkom, które potwierdzają regułę.

Hipokryzja toczyłaby mój umysł pospołu z małomiasteczkowością, gdybym zarzekała się tu i teraz, że nie miałam w rękach NIGDY polskiej prasy erotycznej. Mogę zaręczyć, że opisane w książce sytuacje, w nawiązaniu do zbadanego przeze mnie dawno temu materiału prasowego, są autentyczne lub co najmniej wysoce prawdopodobne. Ludzie ukazani na zdjęciach nie są piękni i wyjątkowi, jak zagraniczne gwiazdki porno pokroju Sashy Grey. Tło miłosnych gier wieje pozostałościami po meblościankach i tandetnymi dekoracjami w stylu ‘do bólu sztuczne kwiaty’. Przaśność wylewa się fałdami tłuszczu, wąsami, sandałami, skarpetami, rozmazanym makijażem, wyziera bezwstydnie zaniedbanym ciałem ukwieconym bazarową bielizną. To nie są żadne gwiazdy – to na przykład pani z mięsnego i pan emeryt-rencista, przyciśnięci razem głodem i niespłaconymi pożyczkami, odkrywający swoje intymne sekrety za 500zł plus koszt podrózy. W takim obrazku najbardziej podniecający jest chyba tylko turpizm. Tak, to właśnie polska ‘branża porno’ – przynajmniej ten element ‘z doskoku’.

Co z gwiazdami?

Pozwolę sobie tu przytoczyć fragment książki, który najlepiej to oddaje: ‘… Czemu na kontrakcie mieliśmy pokemony, a te najbardziej wartościowe, najładniejsze sztuki (…) przemykały przez studio? (…) Pornografia przyciąga na stałe tych, którzy w realnym życiu nie mieli innej alternatywy. (…) Bo tak naprawdę tylko to im pozostało. (…) Dla tych kobiet nie było innego, normalnego życia poza pornografią. …’ Komentarz wydaje się zbędny, dlatego bezwzględnie odsyłam do lektury.

Czytając nie sposób się oprzeć przeżyciu pewnego rodzaju traumy, swoistego katharsis, gdy cały ten tajemniczy, kuszący świat erotyki nagle zrzuca zasłonę i pokazuje nam wielkie ordynarne dupsko z obowiązkowym bonusem w postaci kupy. Tak właśnie kształtują się moje odczucia po tej lekturze, skądinąd bardzo ciekawej i ryjącej banię jeszcze długo po przeczytaniu ostatniego zdania. Fakt, iż jest to paradokument, a więc autor niczego specjalnie nie zmyślił, przyczynia się znacznie do intensywnego odbioru treści i nawet prosty, miejscami kolokwialny język nie jest w stanie niczego popsuć, wręcz oddaje rzeczywistość i sprawia, że nie odczuwamy tych niemalże 500 stron. Polecam każdemu zainteresowanemu tematem lub spragnionemu ciekawej, lekkiej lektury podczas jazdy tramwajem do pracy, gdyż na prawdę nie ma sensu oddawać tej książki w ręce wyłącznie chłopcom i dziewczętom opętanym przez ‘Twój Weekend’. Oni chyba nie potrzebują książek na ten temat.

Kochać się jak gwiazda porno

O Jennie Jameson dowiedziałam się kilka lat temu podczas rozmowy z jednym znajomym, biegłym w temacie filmów porno. Rozpływał się on niemalże w ekstazie nad urodą oraz innymi właściwościami tej pani, więc postanowiłam spytać o nią wszechwiedzącego wujka Google. Po wstępnym zapoznaniu się z materiałem różnego rodzaju, stwierdziłam, że zapewne z łóżka bym jej nie wygoniła, co najwyżej swoim starym zwyczajem zabrała kołdrę.

Nigdy nie uważałam zagranicznych gwiazd porno za jakiś gorszy gatunek człowieka, jak to zwykle się dzieje. Z zaciekawieniem śledziłam lakoniczne doniesienia o ich życiu prywatnym, tak czasem zaskakujące na tle tego, co powszechnie się uważa. Niejednokrotnie dostrzegałam, że wiele z nich to wyjątkowo piękne kobiety, którym urody mogłaby pozazdrościć niejedna mainstreamowa seksbomba. No tak – w tym przypadku seks nabiera zupełnie innego zabarwienia. Tak…

Zdaję sobie doskonale sprawę z edukacyjnego wymiaru filmów porno, jak również czysto ludycznego. Obie te funkcje oczywiście nie mają żadnego znaczenia dla zaciekłych wrogów tej działki rozrywkowej, gdyż… TO… przecież TO robi się tylko po ciemku, a najlepiej wcale nie robić, już pomijając jak można TO oglądać i mieć z tego fun??!! Spoglądam z trwogą w kąt w poszukiwaniu bicza i włosiennicy. Tak, tak – ludzkie sprawy najlepiej zamieść pod dywan z pobożnym życzeniem, aby nigdy spod niego nie wyzierały.

W przyrodzie nic nie ginie…

Po książkę pod postacią sporej, ponad 500 stronicowej cegły sięgałam bez obaw, że zasnę nad bezkresem jej treści. Kobieca intuicja podpowiadała mi, że będzie to mocna, lecz bardzo wyważona lektura. Byłabym obłudna, twierdząc, że ciekawość pikantnych szczegółów z branży porno nie podziałała na mnie jak magnes. Zakupiłam ją w stanie używanym od jakiejś dobrej duszy na allegro. Jak się okazało później, książka miała błąd drukarski: cztery strony były zupełnie puste. Nie wpłynęło to jednak znacząco na jej odbiór. Napełniłam szklankę lodem, odkamieniaczem oraz wywarem z fermentowanego zboża i zanurzyłam się w świat seksu, biznesu, pięknych kobiet, a także bardzo różnorodnych, wręcz skrajnych emocji.

Od samego początku zostałam dosłownie wessana bez reszty i ani na chwilę nie mogłam się oderwać. Pomimo znacznej ilości stron, przeczytałam książkę jednym tchem i miałam ochotę na kolejne 500 a nawet 1000, pomijając fakt, że 20% zajmowały zdjęcia. To w końcu książka o aktorce porno, artystce biegłej w sztuce wizualnej, a nie o zdegenerowanym pisarzu w kryzysie wieku średniego! Pierwsze zdania, z którymi spotyka się czytelnik, wciągają go w tajemniczą intrygę i prowadzą jak na smyczy przez barwne, lecz nie pozbawione cieni życie gwiazdy filmów dla dorosłych. Efektu dopełniają mocno poetyckie tytuły poszczególnych ksiąg a la rozdziałów, uzupełnione krótką formą jak najbardziej liryczną – ja upatrzyłam sobie w szczególności ‘Ekstrakt majowy w szklanej retorcie’. Teraz proszę was, zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie co może się kryć za tym tytułem. Z czym wam się kojarzy taki ekstrakt? Czyż to już nie brzmi cholernie zmysłowo? Tak bardzo, że…

…umyka podtytuł ‘opowieść ku przestrodze’.

Dla zwyczajnego zjadacza chleba, który lubi sobie czasami tym chlebem zagryźć pornograficzny obraz, wiele mitycznych okoliczności zostaje w tejże książce jakby brutalnie odczarowanych. Bohaterka nie raz staje twarzą w twarz z przemocą, narkotykami i morderczą, wyniszczającą zdrowie harówką, aby zadowolić bezlitosną machinę tego biznesu. Równolegle do poczynań w świecie porno toczy się życie prywatne, gdzie burzliwe związki z kolejnymi partnerami, trudne relacje z ojcem podszyte apoteozą zmarłej matki zdają się zazębiać, tworząc pewną całość tej zakręconej układanki. Początki jednej z najbardziej rozpoznawalnych marek w branży pornograficznej to brawura połączona z dziewczyńską naiwnością, skok na główkę w zupełnie obce odmęty. W dodatku marka ta tryska humorem, opowiada historie, od których staje także włos na głowie, jak również zupełnie otwarcie udziela łóżkowo-technicznych porad czytelniczkom. Czyż to już nie brzmi cholernie pociągająco?  Tak bardzo. że…

…nieważne, czy wypłata jest za tydzień, a na karcie znajduje się samotne 4,92. Polecam wejść w posiadanie koniecznie wersji papierowej tej książki, gdyż materiał fotograficzny, jakim są nie tylko erotyczne fotki Jenny, ale też obrazki z rodzinnego albumu, jest zbyt istotny, aby został tak obcesowo pominięty. Gorąco polecam lekturę w te gorące, duszne dni, gdy nie pomaga już ani drugie zimne piwo, ani trzecia szklanka whisky z lodem – nie zaszkodzi więc tak gorący temat.