Kupa wiosny

Piszę to w momencie kiedy choróbsko wyjątkowo pozwala mi na niczym nieskrępowane siedzenie przy kompie i mogę wreszcie się poskarżyć. Idąc dziś do lekarza, zauważyłam, że śnieg prawie zupełnie zniknął z chodników Dolnego Mokotowa, lecz obok oszołomionej mrozami trawy, mokrej ziemi i kostki brukowej, ukazały się niezliczone pokłady gówna. Psiego gówna. Przecież po piesku wcale nie trzeba sprzątać. Co to w ogóle za pomysł rodem z Amerykańskich filmów?

Pieska się po prostu ma. Wówczas taki piesek sobie jest. Najlepiej, żeby był drogi i rasowy albo wyglądał na takiego, wówczas można się nim pochwalić na Instagramie, Facebooku i na czym tam jeszcze. Ooo, stać ją było na psa za kilka koła! Taka to pożyje ! W końcu, kto bogatemu zabroni ? To nic, że piesek może był z pseudohodowli i kosztował 600zł, a nie 4000. Ale sprzątać już wcale nie trzeba, nie ! Trzeba za to z niesamowitym dramatyzmem oznajmiać światu, że piesek niedomaga. Piesek jest chory! Ma chore nerki, wątrobę, trzustkę, wszystko chore ! Jego karma kosztuje 600 zł na miesiąc! Oczywiście należy to podkreślać, aby dodać do tej wyliczanki jeszcze parę zer. Kto bogatemu zabroni ? Jednocześnie skarżyć się, że nie ma na wakacje, dla dziecka na zeszyty, w końcu na żarcie dla samej siebie. Ale sprzątać już nie trzeba, w końcu sprzątanie rzecz plebsu. I tak cały czas: piesek jedzie do fryzjera, na manikjur piesek jedzie, piesek nie będzie się bawił z byle jakim pieskiem, piesek nie będzie spał byle gdzie, pieska nie wykąpiemy, bo od tego umrze. Piesek – członek rodziny, co my zrobimy bez pieska, ale posprzątać po nim jakoś tak niezręcznie i lepiej chyba udać, że to gówno już tam leżało wcześniej, a pieskowi z tyłeczka wyszły jednorożce i pokicały w siną dal. Tak szybko, że nikt nie widział.

W udawaniu, że piesek nie stawia klocka, przodują starsze panie i panowie, którzy są najliczniejszą grupą zamieszkującą moje osiedle. Z jednej strony jest to zrozumiałe – za ich czasów nikt nie mówił o sprzątaniu po psie, a także taka starowina często nie byłaby w stanie schylić się, żeby ogarnąć produkt przemiany materii swojego Ciapeczka. To w takim razie, po co jej ten Ciapeczek, jak nie jest w stanie go oporządzić na spacerze ? Założę się, że taki piesek żre do tego najgorsze paskudztwa, bo emerytura to nie są zazwyczaj wieczne wakacje w tym kraju. Nie, każdy piesek nie musi mieć karmy za 600zł, ale…czy to już nie podpada pod znęcanie się nad zwierzętami ?

Umówmy się: nie jestem wrogiem zwierząt i trzymania ich, nawet w mieście. Czasem fajnie, jak Ciapeczek podbiegnie i spojrzy swoimi psimi oczami, ale jeśli nie mieszkasz na farmie w Teksasie, gdzie następne gospodarstwo dzieli od Ciebie 50 mil i możesz sobie wypróżniać swojego psa jak Ci się tylko podoba, bo nikomu tym nie przeszkadzasz, to może warto zaopatrzyć się w woreczek przed kolejnym spacerem i tym samym przestrzegać jakichś norm zachowania się w społeczności, gdzie od drugiego człowieka często dzieli tylko cienka ściana lub siedzenie w autobusie.

Krótki, wesoły poradnik dawania kosza

Oto kilka porad cioci Caroline. Prosto z serca ode mnie dla was. Powstały one na podstawie opowieści moich znajomych, jak również różnych wydarzeń z mojej dalekiej i niedalekiej przeszłości. Warto się im przyjrzeć i podać dalej. Być może oszczędzicie sobie lub swoim koleżankom, siostrom, mamom czy ciociom niepotrzebnych rozczarowań spowodowanych zachowaniem płci brzydkiej… przebrzydłej. Zapraszam.
1/ Jeżeli facet, który wcześniej widział Cię raz i kompletnie się Tobą nie interesował, zaczyna się często odzywać, zaraz po tym, jak zmieniłaś swój status na ‘Wolny’, daj mu kosza. To desperat.
2/ Jeżeli facet zakłada, że jeśli słuchasz ciężkiej muzy, to szczytem Twoich marzeń będzie wyjście do jakiejś metalowej lepkiej speluny z kotami kurzu na parapecie i odorem potu w powietrzu, daj mu kosza. Jego wyobraźnia to zero absolutne. Brrr!!
3/ Jeżeli facet nie może przestać gadać o swojej byłej, chociaż było to już kawałek czasu temu, a obok siedzi ktoś zupełnie inny i dużo fajniejszy, czyli Ty, daj mu kosza. Chyba nie chcesz spotykać się we trójkę ?
4/ Jeżeli facet zaprasza Cię na ‘niezobowiązującą kawę’, a pociąga Cię tak samo jak Twój zeszyt do matmy sprzed lat, pamiętaj: nie ma niezobowiązujących kaw!! Kawa sama w sobie jest zobowiązująca. Poza tym, co to za gierki ? Już lepiej, żeby wyłożył kawę na ławę. Oczywiście, daj mu kosza. Niech się nauczy wyrażać swoje potrzeby.
5/ Jeżeli facet ma dużo marzeń i planów, ale widzisz, że nie realizuje żadnego, daj mu kosza. W niedalekiej przyszłości wyjazd w góry, wyjście do kina czy nawet kupno lizaka również stanie się tylko marzeniem.
6/ Jeżeli facet nieustannie Cię krytykuje, nic mu nie pasuje w Tobie, chce Cię zmieniać, a jednocześnie deklaruje wielkie zaangażowanie, daj mu kosza. Chociaż wygląda na dużego, w rzeczywistości ma 5 lat, a Ty chyba nie chcesz czuć się jak pedofil ?
7/ Jeżeli facet od razu wysyła Ci zdjęcia swoich klejnotów, no cóż… jeśli klejnoty to dla Ciebie jedyny sens zadawania się z facetem, jesteś szczęściarą. Możesz nalać sobie drinka i podziwiać widoki. Jeśli jednak jest inaczej, daj mu kosza.
8/ Kosza należy dawać zdecydowanie, żwawo, z werwą, nie czekając, aż on Cię ubiegnie. Uciekanie od tej procedury w tzw. ‘olewkę’  jest słabe i robią tak tylko niezbyt dojrzali chłopcy.

Wszelkie podobieństwo do konkretnych osób jest umyślne i nieprzypadkowe, ale nie wymieniam nikogo z nazwiska, więc mogą mi naskoczyć.

Trzymajcie się ciepło, dziewczyny i pamiętajcie: nikt wam nie robi łaski, że się wami zainteresował !!

PAAA !!!

Piekło Pocztowe

Terry Pratchett pisząc “Going Postal” zapewne nie spodziewał się, że gdzieś na ziemi istnieje miejsce, w którym rozgrywa się akcja tak bardzo przypominająca tę z jego książki. Być może widział to w snach. Gdyby jednak przekroczył próg placówki pocztowej pod szyldem Poczty Polskiej, odniósłby wrażenie samospełniającego się proroctwa zawartego w swoim dziele. To chyba nie byłoby wspaniałe uczucie. Ja osobiście wolę pozostać przy literaturze w tym wypadku, ale na ogół nie mam wyboru. Mieszkam w Polsce, do tego w Warszawie. W mieście, gdzie co druga placówka pocztowa przypomina fuzję Wietnamu z Rewolucją Francuską.

Tak, wiem – są święta i nagle każdy jak jeden mąż (dlaczego nie mówimy: jak jedna żona?) musi wysyłać kartki, karteczki, paczuszki, płacić za to czy tamto, odbierać, kupować, wysyłać, narzekać. Z drugiej strony nie widzę żadnej szczególnej reakcji ze strony PP na ten wzmożony ruch w kulejącym na codzień interesie. Te same dwa czynne okienka na sześć, a osób w kolejce ponad 30. Przychodzę po pracy. Urząd pocztowy przy ulicy Melomanów. Ludzie siedzą już na parapetach. Dzieci, starcy, kobiety, pełno i niepełnosprawni. Pobieram numerek – 32 osoby w kolejce. No nic, zobaczę jak idzie. Mija pięć minut – na wyświetlaczu wciąż ten sam numerek. Wychodzę, bo nie mam godziny na sterczenie tutaj. Przyjdę wieczorem, myślę, będzie mniej ludzi, myślę.
Niestety, wieczorem sytuacja się powtarza: pobieram numerek – 32 osoby w kolejce. Resztę już znacie. Po weekendzie sytuacja się powtarza.

Bohaterowie książki Pratchetta są może targani przez  wątpliwości, ale nie są pozbawieni determinacji i wiary w powodzenie własnej misji. Toteż postanowiłam misję “Odebrać paczkę i wysłać przesyłki” doprowadzić do upragnionego końca.
Ile czasu potrzeba na ‘przerobienie’ 32 osób przez dwa czynne okienka ? Z mojego doświadczenia wynika, że z godzinę. Plus minus. Trzeba sobie ten czas jakoś wypełnić, więc wyciągnęłam spod łóżka Charlesa Bukowskiego ‘Kobiety’. Jak do tej pory nie przeczytałam. Dałam siostrze – nie była szczęśliwa z tej lektury. Poczytam sobie w oczekiwaniu na moją kolej, pomyślałam, to ma sens. Przesyłki, w tym paczkę wielkości pudełka po butach, zrzuciłam razem z książką do torby na mega zakupy z Carrefoura. Przygotowania jak na wojnę. Idąc widziałam przez okno, że jest tam już całkiem niezły Bangladesz, a nie ma nawet 17. Pobrałam numerek – 25 osób w kolejce, lecz co to? W pierwszej chwili były czynne aż trzy okienka !! Można ? Można!! Tylko dlaczego nie od razu ?

Grande finale: Bukowski dalej leży nie przeczytany. Moja wizyta na poczcie trwała niespełna pół godziny. Nie mogę powiedzieć – panie na Melomanów są złote, zawsze uśmiechnięte i pomocne, co jest wyczynem niemalże sportowym, bo muszą ten cały sajgon wytrzymywać.  Przesyłki w drodze, buty odebrane, a ja się wciąż zastanawiam i chyba nigdy tego nie pojmę: jak to jest, że na sześć okienek czynne są tylko dwa, góra trzy ?

 

P.S.: Mój rekord osób w kolejce na numerku: 39, koleżanki: 50.

Gruba Kreska

gruba kreska

Przerwa Techniczna

Post ten kieruję do grona tych osób, które zapewne są zawiedzione ostatnią moją aktywnością w tym miejscu, a raczej jej brakiem. To nic, że jest was może trzy sztuki, może trzydzieści, o każdego czytelnika należy dbać tak, jakby był on jedynym na świecie. Mój czytelnik, mój p… bez przesady.

DZIEJE SIĘ

Nie chodzi o to, że nic się nie dzieje. Przeciwnie – dzieje się, tylko nie wypada mi o tym pisać. Nie tutaj. Doszłam do takiego momentu, że muszę zburzyć cały istniejący porządek, aby stworzyć nowy, lepszy i nie wystarcza już czasu oraz energii na nowe przepisy, posty, a spostrzeżenia, którymi chciałabym się z wami dzielić, wieją nieco oskarżycielskim, zgorzkniałym tonem. Nie potrzebujecie tego, prawda ? To nie jest też tak, że nagle przeszła mi ochota na prowadzenie tego bloga, bo włożyłam w niego sporo pracy, choć koncepcja nieco mi umyka i może to jest znak, że nadszedł czas na tą przerwę techniczną? Przerwę, w której poukładam sobie choć kawałek mojego zagmatwanego życiorysu, przypominającego znany angielski wierszyk: ‘Humpty-dumpty sat on the wall, Humpty-dumpty had a great fall, all the king’s horses and all the king’s men couldn’t put Humpty together again’. Może nie ma aż takiej tragedii, ale czuję, że tylko to pasuje do mnie w tej chwili. Wielkie rozbite jajko.

BĘDZIE DOBRZE

Żeby brać się z życiem za bary, należy mieć do tego siłę i czas, należy być maksymalnie skoncentrowanym na oczekiwanym rezultacie. Upewnijcie się, że nie czytacie kolejnych motywacyjnych bzdetów. Nie, nie jestem zwycięzcą. W tej chwili nie wiem, czy w ogóle jestem, ale niczym dziwna pani z końca youtuba powtarzam uparcie, iż ‘będzie dobrze’, cokolwiek miałoby to dla mnie oznaczać. Pozostawiam niektóre sprawy w zawieszeniu i skupiam się tylko na tym, co dla mnie najważniejsze. Kiedy sprawy się ustabilizują na tyle, aby wrócić do pisania, nie będziecie na pewno czuć zawodu.

Zostawiam wam moje archiwalne posty, przepisy, recenzje i inne przemyślenia. Nie wykluczone, że podczas tej przerwy dopadnie mnie jakaś wena lub jej niepełna wersja. Swoje spostrzeżenia zostawcie w komentarzach lub na moim fanpage’u: http://www.facebook.com/demonizacja

 

 

 

 

Lasagne według Demona

lasagne

Lasagne

Choć na pierwszy rzut ucha można pomyśleć, że chodzi o łazanki, to na pierwszy rzut oka już wiadomo, że poza makaronowością tego dania lasagne nie ma z nimi nic wspólnego. Najbardziej klasyczną, z mięsnym (sorry…) sosem bolognese po raz pierwszy skonsumowałam w Polsce i muszę przyznać bez bicia, że Włosi mogą się od nas uczyć. Oczywiście, ci Włosi, u których potem jadłam lasagne.

Sos boloński w wersji wegetariańskiej to nic prostszego, jednakże dla mnie osobiście najbardziej elektryzującą wegetariańską odmianą lasagne jest ta ze szpinakiem, sosem beszamelowym i sporą ilością żółtego sera. Tu i ówdzie pozwoliłam sobie na moje autorskie ulepszenia, gdyż generalnie istnieje tu spore pole do popisu dla kulinarnej fantazji. Tym sposobem powstało danie niedrogie, smaczne i warte czasu poświęconego na jego przygotowanie.

LASAGNE POTWORA Z BAGIEN – tym razem vegetarian 😛

– makaron na lasagne jaki jest, każdy widzi;
– szpinak mrożony w liściach ok.500g
– 2 ząbki czosnku
– przyprawa a la warzywko
– włoska przyprawa z Lidla ‘Al Funghi’ lub parę pieczarek
– suszone pomidory ze słoika lub z torebki – dowolnie
– ser edamski tak z 300g
– mleko 0,5litra
– masło 100g
– mąka 100g
– gałka muszkatołowa
– sól
– olej

Jeśli akurat dysponujesz blaszką do pieczenia chleba, tak jak ja – wykorzystasz ją teraz do upieczenia lasagne. Jeśli nie – poszukaj innej blaszki lub naczynia żaroodpornego, które rozmiarowo mniej więcej odpowiada płatom makaronu, ostatecznie z pewnymi modyfikacjami. Cały sekret polega na tym, że koniec końców surowy makaron musi się ‘ugotować’ w cieczy z sosu i nadzienia, a ty masz dopilnować, aby proces ten przebiegł bez zakłóceń. Absolutnie nie polecam gotowania makaronu przed układaniem lasagne – wasze danie może później przypominać bezkształtną breję o smaku szpinakowym albo mięsno-pomidorowym. Bleh…

FARSZ

Szpinak rozmrażamy pod przykryciem na rozgrzanej patelni z odrobiną oleju. W międzyczasie siekamy czosnek – znowu trafił mi się tak zmutowany, że jeden ząbek jest jak trzy, który następnie, po rozmrożeniu, dodajemy do szpinaku wraz z połową łyżeczki przyprawy a la warzywko, taką samą ilością gałki muszkatołowej, ponad dwiema łyżkami stołowymi przyprawy ‘Al Funghi’ (lub uduszonymi uprzednio pieczarkami), garścią suszonych pomidorów. Mieszamy i zestawiamy z palnika, aby rozpocząć prawdziwy rytuał.

szpinak

Smażing

SOS BESZAMELOWY

Jeśli nie chce ci się podjąć tego wysiłku, aby zapoznać się z nieco tajemną wiedzą kuchenną, kup po prostu Carbonarę w proszku razy dwa i dosyp do niej trochę pieprzu oraz gałki muszkatołowej. Nie czytaj też dalej tego fragmentu – wiedza tu zawarta jest godna tylko  wytrwałych eksperymentatorów.
Gdy pierwszy raz podeszłam do przygotowania sosu beszamelowego, zamiast pysznego kremowego, aromatycznego sosu wyszła mi żałosna, ciastowata breja o smaku zdominowanym przez mąkę pszenną. Już miałam pójść na łatwiznę, kupić tą Carbonarę, ale stwierdziłam, że świat należy do odważnych i tych mieszających w garnkach również to dotyczy. Tym razem jednak eksperyment się powiódł, a ja mogę podzielić się z wami moimi spostrzeżeniami.

sos beszamelowy

Sos beszamelowy under construction

Masło i mąkę podgrzewamy na patelni, mieszając. Po roztopieniu masła wyjdzie nam niezbyt ciekawa brązowa papka, ale nie należy się tym przejmować i jak najszybciej dolać mleka, powoli mieszając do uzyskania gładkiej, lecz dość gęstej, właściwej dla sosu konsystencji. Uważamy, aby nie przesadzić z tym podgrzewaniem, bo konsystencja kleistego gluta murowana. Po drodze dodajemy sól, pieprz i gałkę muszkatołową. Tak, tak, dziecinnie proste, ale uwierzcie mi – niejeden na tym sosiku połamał łyżkę w przypływie wszechogarniającego wkurwu.

sos beszamelowy

Gotowy sos

Jeśli mamy już szpinak, sos beszamelowy oraz starty ser, to znaczy, że możemy przystąpić do konstruowania zawartości blachy do pieczenia.

ser edamski

Nie zapominajmy o serze !!

Bierzemy jakąś sporą miskę, nalewamy gorącej wody i zanurzamy kilka płatów makaronu. To sprawi, że będą potem smaczniejsze i nabiorą trochę wody potrzebnej do ugotowania. Blaszkę smarujemy olejem i układamy warstwy mniej więcej tak: makaron-ser żółty-makaron-szpinak-makaron-sos beszamelowy. Ja bardzo często łączę sos ze szpinakiem i/lub z serem, ser ze szpinakiem itd. Pełna dowolność. Ostatnia warstwa to: makaron-sos beszamelowy posypany sporą ilością sera.

lasagne

Lasagne zusammen do kupy – Step 1

lasagne ze szpinakiem

Step 2

lasagne ze szpinakiem

Step 3

lasagne ze szpinakiem

Finish 🙂

Tak skonstruowaną instalację podlewamy niewielką ilością wody, przykrywamy szczelnie aluminiową folią i wstawiamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika na 45 minut lub nieco więcej. Po upływie tego czasu zdejmujemy folię i zostawiamy chwilkę w piekarniku, aby przypiec ser. Ja nie przepadam za zjaranym serem, toteż trwało to krótko i na zdjęciu wypada dość blado.

lasagne ze szpinakiem

W piekarniku

Lasagne kroimy porządnym, ostrym nożem, bo inaczej cały projekt może się niefajnie rozjechać, co zepsuje efekt wizualny. Kto lubi ten polewa glazurą balsamico i serwuje z białym winem lub Martini.

Smacznego !

lasagne ze szpinakiem bez mięsa

Lasagne ze szpinakiem

Władcy Chaosu

Z black metalem zetknęłam się gdy miałam piętnaście lat, kilka lat po całej fali medialnej biegunki o kolejnych podpaleniach kościołów i szatańskiej muzyce z Norwegii, która z całą pewnością przyczyniła się do tego. Popłynęłam, nie zdając sobie sprawy do końca z tego, w czym płynę. Zapewne gdyby ta książka wpadła mi w ręce w tamtym okresie, zsikałabym się w moje czarne gacie. Biorąc ją do rąk jako star… wyjadaczka muszę z wielkim rozczarowaniem przyznać, iż połowę książki przespałam. Nie, to nie znaczy, że książka jest zła i nudna, ponieważ coś jednak dzieje się w tej połowie, którą przeczytałam w standardowym stanie świadomości.

MUZYKA O SZATANIE

Na samym początku czytelnik poznaje kilka historii zespołów muzycznych, które pomimo sporych rozjazdów stylistycznych chętnie korzystały z piekielnej oprawy swojej twórczości, nie stroniąc także od konkretnych elementów wizualnych. Jak sami artyści przyznają, chodziło o zwrócenie na siebie uwagi. Nikt raczej nie spotkał się bliżej z tym, o czym pisał teksty. Diabeł jednak został wprowadzony na salony i stał się całkiem medialnym celebrytą. Jakoś tak się też złożyło, że przy okazji ten moment pokrył się mniej lub bardziej ze wzmożoną aktywnością Kościoła Szatana, na którego czele stał wówczas Anton Szandor LaVey. Przypadek? Nie sądzę, ale to już moje prywatne spostrzeżenia. Wróćmy do książki ! Po tak miłym wprowadzeniu, po którym czytelnik ma już wrażenie, że ten Szatan to tylko dobry wujek i nic mu się nie stanie, jeśli się z nim trochę pobawi, następuje dość szybki wjazd w meritum sprawy.

NORWESKI BLACK METAL

Black Metal w Norge i tu zaczyna robić się ciekawie, gdy tylko zapłonie pierwszy kościół. Podejrzanym oraz – jak się okaże – sprawcą będzie młodziutki Kristian Vikernes, który przyjął imię Varg, co by było straszniej. Resztę historii co bardziej wtajemniczeni znają dość dobrze – podpalenia, porwanie, zabójstwo Euronymousa. Głodnych wszelkich pikantnych szczegółów zgromadzonych wokół sklepiku Helvete oraz Inner Circle odsyłam do książki – jakkolwiek, jest tego trochę. Z całej tej gmatwaniny zdarzeń wynika jasno, że ludzie nie chcieli być tacy jak wspomniane na początku książki zespoły, której używały satanistycznych artefaktów tylko dla kreacji artystycznej. Chodziło o to, aby na prawdę wcielać w życie to, co przekazywała ich muzyka. Ot, cała istota bycia ‘true’.  W dodatku Norwegia, państwo policyjne, gdzie tuszuje się przejawy przemocy, usiłuje się wyciąć z życia wszystko co brzydkie, okazała się doskonałym gruntem dla ich niecnej działalności. Jest mrocznie, jest brzydko i źle, ale też czasami… dość zabawnie, bo czy wiecie, że Euronymous – tak, ten straszny, zły, megalomański, ten sam, który rzekomo mało co nie zamordował Vikernesa, nie udzielił wywiadu, bo babcia mu zabroniła kontaktu z mediami ? Ileż władzy potrafi mieć starsza kobieta ! Warto również wspomnieć, że sklepik Helvete doczekał swego smutnego końca za sprawą nacisku rodziny tegoż pana. Widać, nie taki diabeł straszny.

KULTURA, HISTORIA I CORPSE PAINT

Poza iście kryminalną historią Black Metalu w Norwegii, autorzy książki przemycają sporo faktów historycznych, kulturowych i to są przeważnie te fragmenty, które przespałam, tudzież przekontemplowałam nad rzeczami zupełnie nie związanymi z lekturą. Zaraz obok szeroko opisywanego światopoglądu Vikernesa i jego ziomków. Nie powiem jednak, aby wszystko, poza dramatycznymi wydarzeniami w Oslo było nudne jak flaki z olejem. Dowiedziałam się między innymi, iż używany przez ekstremalne zespoły corpse paint ma korzenie w europejskiej kulturze. To już powód, aby nosić go z dumą, zamiast śmiać się, że panowie są ‘jak malowani’. Książka powinna się znaleźć na półce każdego szanującego się znawcy tematu choćby po to, aby mógł do niej sięgnąć, kiedy najdą go wątpliwości natury ‘a jak to właściwie było’. Kiedy zechce podpalić kościół lub zaszlachtować sąsiada w imię ‘prawdziwości’. Niemniej jednak na niepogodę lub dla samej rozrywki poleciłabym inne tytuły.

Papryka Faszerowana czyli Seasons in the Abyss

Trochę mi się przysnęło i obudziłam się, gdy sezon na paprykę dawno już za nami, a w sklepach można ją nabyć za ponad 10 złotych za kilo. Nie mogę jednak już dłużej ukrywać przed wami tej receptury. Poczekacie z wykonaniem na lepsze (tańsze) paprykowo czasy lub odżałujecie trochę grosza. Majątek tak czy inaczej to nie jest, jak przystało na bezmięsną kuchnię.

papryka faszerowana soczewicą

Papryka Ciemności m/

Paprykę faszerowaną, przeważnie farszem mięsnym, spotykamy głównie w restauracjach z kuchnią grecką. Wersję z soczewicą, nieco ulepszoną przeze mnie, miałam przyjemność zakosztować w stołecznym Tel Avivie przy ulicy Poznańskiej. Okolica ta pełna jest ciekawych wrażeń kulturowo-gastronomicznych i na pewno jeszcze nie raz się tam zapuszczę w poszukiwaniu inspiracji kulinarnych.

PAPRYKA CIEMNOŚCI – vegetarian/vegan

-3 ładne, niekrzywe papryki czerwone
-blacha wysmarowana olejem
– ser żółty edamski, veganie użyją żółtego ‘sera bez sera’

FARSZ:

– ok.300g soczewicy zielonej
– średnia cebula
-nieduży bakłażan
-jedna średnia papryka – może być krzywa
-kukurydza konserwowa Bonduelle – puszeczka ‘dla singli’
– 1 średni pomidor
-przyprawa Kotanyi Zioła Włoskie ok. 1 łyżka
– 1 łyżka stołowa papryki słodkiej
-duży ząbek czosnku albo dwa mniejsze
-2 łyżki oleju
– sól do smaku

Soczewicę przed ugotowaniem należy namoczyć. Najlepiej, aby moczyła się kilka godzin. Gotujemy ją do miękkości w wodzie z dodatkiem soli lub kostki rosołowej (przeważnie rosołowość tej kostki zawiera się tylko w jej nazwie).

Bakłażana kroimy w plastry, układamy na talerzu i solimy, aby się ‘zsikał’. Kto czytał moje wcześniejsze przepisy, wie już po co.

papryka i cebula

Papryka & Cebula

Cebulę i paprykę siekamy w kostkę, następnie wrzucamy na patelnię z rozgrzanym olejem. Smażymy, aż warzywa trochę zmiękną. W międzyczasie obieramy ze skóry pomidora, kroimy w kostkę i dodajemy do cebuli z papryką. Na tym etapie możemy też już sypnąć przyprawami.

Bakłażana płuczemy i kroimy w kostkę. Dodajemy do warzyw, podlewamy odrobinę wody i dusimy ok.10 minut. Wrzucamy też kukurydzę.

bakłażan kukurydza cebula papryka

Smażing – ach te kolory ❤

Bakłażan musi zmięknąć i zmienić kolor, wtedy do całości dodajemy soczewicę, mieszamy. Sprawdzamy intensywność smaku i dodajemy stosownych przypraw, jeśli istnieje taka konieczność.

Farsz gotowy. Można zabrać się za paprykę. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Papryki kroimy na pół – w poprzek lub wzdłuż, jak kto woli. Wyjmujemy gniazda nasienne. Układamy wydrążone papryki na blasze i napełniamy najpierw serem, następnie farszem. Wstawiamy na ok.20 minut do piekarnika.

papryka faszerowana

Papryka gotowa do wypełnienia 🙂

ser żółty

Najpierw ser…

soczewica papryka

Z farszem 🙂

Wyznacznikiem tego, że papryka jest dobrze zapieczona jest jej miękkość. Sprawdzamy ją widelcem, po czym posypujemy paprykę startym bądź pokrojonym serem i zapiekamy, aż ser się roztopi.

papryka faszerowana

W piekarniku

Tak przyrządzona papryka doskonale komponuje się z sosem czosnkowym lub pomidorowym. Dobrze też zapić ją niezbyt tanim winem.

Smaczności !!

papryka faszerowana soczewicą

Papryka Ciemności – voila !!

TFP WTF??!!

Niegdyś fotograf był kimś w rodzaju magika, cudotwórcy i szarlatana w jednej osobie. Sprzęt oraz jego eksploatacja kosztowała krocie, a proces obróbki trwał długie godziny i wymagał pewnego doświadczenia. Dziś, kiedy aparat cyfrowy występuje w każdym domu pod różnymi postaciami, a efekt końcowy możemy ujrzeć w ciągu kilku sekund, fotografowanie stało się czynnością porównywalną ze spuszczaniem wody w kiblu. Oczywiście, dla pewnej sporej grupy osób, bo garstka dalej wierzy w magię. Magia, pomimo usilnych prób zepchnięcia jej do rangi niezbędnych czynności życiowych, ma swoją cenę, niekoniecznie wyrażoną w walucie.

Każdy jest fotografem

W tym stanie rzeczy fotografem może być każdy. Tak: każdy, bo przecież w sklepie nikt nie zagląda w oczy, poszukując tam umiejętności patrzenia. Wystarczy kilkaset złotych na zakup sprzętu. Producenci walczą zaciekle o mainstreamowego klienta, zasypując półki marketów coraz to nowszymi modelami aparatów dla amatorów. Pozostaje wyciągnąć rękę z kartą płatniczą i kolejny krok to stosowna strona na fejsie, maxmodels czy innym serwisie, gdzie można promować pod szyldem ‘Ktośtam Photography’ swoje zdjęciowe wytwory. Trzeba jeszcze namówić Maryśkę z sąsiedniego bloku, aby została naszą modelką. Nie jest ona ładna ani szczupła, ale bardzo chce, więc czemu nie? Od czegoś trzeba zacząć. Byle tylko na tym nie poprzestać. Nie kwestię estetyki chciałam jednak poruszyć, ponieważ to dość subiektywna kategoria i nie mnie ją oceniać. Sama robię zdjęcia, które określam jako ‘brzydkie’, bo mierzi mnie ten cały pęd w kierunku stylistyki ocierającej się o gazetę lub czasopismo Vogue i daję temu wyraz. Chciałabym skupić się na tym, że w tej chwili bycie fotografem lub modelką, niekoniecznie z lśniących okładek, oznacza robienie wszystkiego za darmo. Zupełnie tak, jakby to była niczym nie skrępowana czynność fizjologiczna.

TFP

TFP czyli Time For Prints jest to najczęściej stosowana forma współpracy między fotoamatorem a modelką wydłubaną póki co z dzikiego tłumu. Wymiana ta ma charakter barterowy – fotograf dostaje ‘tworzywo’ w postaci modela, model dostaje ‘produkt’ w postaci zdjęć. Z początku jest to związek idealny, lecz potem pojawiają się wątpliwości i następuje bezlitosna weryfikacja. Mówi się o tym, że ten rynek jest zepsuty, bo w istocie tak jest, jednakże nie do końca. Przyglądając się temu zjawisku odpowiednio długo oczami jego uczestnika, z niewielkim dystansem, można zauważyć jedną prawidłowość: w tym systemie ciężko wzbić się na wyższy poziom, zarówno jako fotograf jak i model. System TFP zakłada tylko kilka stopni wtajemniczenia, za dalsze wypadałoby zapłacić. Najlepiej gotówką. Jak w tej gierce, gdzie lepsza broń czy fajniejszy avatar wymaga stosownego przelewu. Zaraz dopadną mnie wielce oburzeni pstrykacze, że nie doceniam wagi miłości do fotografii i poświęcenia dla sztuki. Niestety, miłością nie można wycierać się w nieskończoność. Jak w każdym dłuższym związku i tutaj ma ona swój termin ważności. Miłością fotograf nie kupi sprzętu i nie naleje benzyny do samochodu, bo na stacji paliwowej nie ma systemu TFP. Biletu na autobus też nie kupi. Miłość nie naprawi mu sprzętu, a jeśli przypadkiem pan pstrykacz również maluje i stylizuje, niech nie oczekuje od niej, że odpłaci mu kosmetykami czy ubraniami. Miłość – również w tym wypadku – boli i jest totalnie niewdzięczna. O ile na początku siłą napędową jest jeszcze entuzjazm, chęć zaistnienia, pokazania, przeżywania, po jakimś czasie pojawia się wszechogarniający brak motywacji. Robimy świetne zdjęcia i co z tego? Aplauz grupki fanów w necie oraz dokładnie nic.
Nie dziw się więc, Marysiu z sąsiedniego bloku, że twój fotograf już drugi miesiąc obrabia twoje zdjęcia. To jest właśnie cena za jego pracę, ta cena, którą wymusza na tobie zapomniany mechanizm rynkowy, a której ty nie chciałaś lub nie mogłaś mu zapłacić. Nie wymagaj nienagannej obróbki – twój fotograf ma stary, spiratowany program i pracuje na ledwie zipiącym komputerze. Gdyby takie jak ty zamiast przewalać setki złotych miesięcznie na piwko, mogły poświęcić mu chociaż te 50zł, być może nie tupałabyś teraz nóżką z niecierpliwością.

Jest tu też druga strona medalu. Porządna modelka, która nie wstydzi się niczego, ma odpowiednie warunki wizualne i doświadczenie, które przyczyni się do powstania wyjątkowych kadrów, nie pracuje za darmo. Nie wymagaj więc, towarzyszu fotografie, że Marysia pożegna ciotkę pruderię i odegra przed tobą sceny z ‘Szamanki’ Żuławskiego. Nie oczekuj modelingu na poziomie Vogue, bo Marysia musiałaby najpierw przez pół roku wcinać liście sałaty, a nikt nie robi tego za darmo, chyba, że jest chory. To jest z kolei cena za czas modela, który nie obejmuje tylko momentu wypinania się do obiektywu. Zdjęcia, które by otrzymał w zamian, nie zawsze są warte tego czasu – dojazdu, kosmetyków, maseczek, sauny, siłowni, diety, wrodzonego talentu i genetycznie zakodowanej bezwstydności. Tego wszystkiego nie dostaniesz z marszu na zasadach TFP od totalnie obcej osoby, której zdjęcia jak do tej pory podziwiałeś na maxmodels i marzyłeś, aby jej wizerunek ozdobił twoje portfolio.

Dlaczego w ogóle wydaje nam się, że daremność tych usług jest zupełnie normalna ? Dlaczego nie wmówimy np. nauczycielowi od angielskiego, że może na takich TFP zasadach pouczy nas, a my powiemy znajomym, że jest dobry ? A może zrobimy zakupy w sklepie ‘za dobrą opinię na dzielni’ ?

Za cały ten bajzel i zepsucie rynku odpowiadamy oczywiście my, jego uczestnicy po obu stronach obiektywu. Nie znaczy to, że pojęcie ceny jest na nim zupełnie abstrakcyjne. Poza niszą ‘fotografów ślubnych’ oraz nielicznych wybrańców losu czy właścicieli dobrych pleców, w dobie panoszącego się TFP, płacimy ją z krzywym uśmiechem na twarzy, przekonani, że tak należy. Cierpią na tym tylko nasze prace, poczucie własnej wartości i sensu dalszej pracy.

Demoneł TFP WTF

Pierogi z Piekła

Nie spotkałam jak do tej pory nikogo, kto nie lubiłby pierogów. Przypominające swoim wyglądem rosyjskie pielmienie, w dalszym ciągu programu mają z nimi niewiele wspólnego, a już na pewno tak zwane pierogi ruskie. Polska skłonność do kosmopolitycznego nazewnictwa tradycyjnych potraw nieco wprowadza nas w błąd, lecz nie jest to aż tak istotne, gdy ciężko nam się oprzeć temu, co spogląda na nas z talerza. Wyrób pierożków jest oczywiście czasochłonny i to bodajże jedyna ich wada, bo finansowo nie doprowadzą nas do ruiny, a doznania zmysłowe zrekompensują trudy manualnej produkcji. Tak, tak, powstały różne niby-mechaniczne ułatwiaczki tego procesu, lecz moim zdaniem najlepsze i najsmaczniejsze to pierożki wyrabiane ręcznie.

Z pierogami z pieca zetknęłam się ponad 10 lat temu w Warszawie i nie za sprawą osławionej Pierogerii, a pewnego baru sałatkowego na Placu Bankowym. Leżały na talerzu i mówiły do mnie ‘weź mnie’. Na fiszce cenowej napisane było: pierogi włoskie. Spytałam, czy zawierają mięso, a miła pani wyjaśniła mi, że nie. Były moje. Złote, chrupiące, z artystycznie ulepioną falbanką. Po kilku latach postanowiłam wykonać je w domu, pomagając sobie zestawem foremek z Lidla, które nadają im TEN kształt. Produkcja owszem czasochłonna, finanse nie cierpią, rezultat – bezcenny.

foremki do pierogów Lidl

Foremki do produkcji pierożków by Lidl

PIEROGI Z PIEKŁA – NADZIENIE WŁOSKIE – vegan

CIASTO:

– 1/2kg mąki
– zioła z Lidla do pizzy lub Kotanyi Zioła Włoskie – te ostatnie zawierają sól, więc trzeba uważać przy soleniu
– pół łyżeczki soli
– 3 łyżki oleju
– 1 saszetka drożdży Dr Oetker
– ok.300ml wody, ale jakby co, można to zmodyfikować
– miska & stolnica

FARSZ:

– 300g pieczarek
– pół lub cała średnia papryka
– średnia cebula
– pomidor
– zioła z Lidla do pizzy lub Kotanyi Zioła Włoskie
– szczypta soli do smaku
– 2 łyżki oleju
– 300g warzyw mrożonych bez ziemniaków (tak na oko 1/2 torebki)
– 1,5 łyżki stołowej papryki słodkiej
– opcjonalnie ząbek czosnku drobno posiekany

ciasto drożdżowe

Robimy ciasto 🙂

Wysypujemy składniki ciasta do dużej michy. Najlepiej do takiej miednicy z łazienki. Dodajemy wodę i urabiamy na gładko. Jeśli wody jest za mało, możemy jej jeszcze dodać, jeśli za dużo – dodajemy mąki, ale ostrożnie. Kiedy ciasto jest już wyrobione, przykrywamy michę ściereczką i odstawiamy w ciemny, ciepły kąt, żeby urosło. Czas rośnięcia to kwestia indywidualna, tak więc należy ciasto obserwować. W tym czasie możemy zająć się przygotowaniem farszu.

ciasto drożdżowe

Ciasto urobione

Cebulę i paprykę kroimy w kostkę, następnie wrzucamy na rozgrzaną patelnię, aby lekko zmiękczyć. Pieczarki płuczemy i kroimy tak jak umiemy. Dobrze by było, gdyby to była taka elegancka kostka.

papryka cebula

Warzywka 🙂

pieczarki

Pieczarki

 

Pieczarki wrzucamy na patelnię, dodajemy przyprawy, trochę wody i dusimy pod przykryciem ok.15 minut. W międzyczasie oskórowujemy pomidora, kroimy w kostkę i po przepisowym czasie duszenia dodajemy do powstającego farszu.

pomidor obrany ze skórki

Oskórowywany pomidor – zgroza !!

Dusimy jeszcze z 5 minut, następnie dodajemy warzywa i pilnujemy, aby dobrze się rozmroziły. Ponieważ jest to farsz do pierożkow, duże kawałki warzyw przecinamy drewnianą łopatka na mniejsze kawałki. Co jakiś czas zaglądamy do ciasta, czy dobrze sobie rośnie. Mi jakoś nie chciało rosnąć, ale to kwestia temperatury w pomieszczeniu. Po przeniesieniu do kuchni zaczęło nabierać kształtów.

foremki do pierogów Lidl

Tak wycinamy ciasto przy pomocy foremki

Wyciągamy stolnicę, posypujemy ją mąką, bierzemy wałek i rozwałkowujemy ciasto w miarę cienko. Przy pomocy foremek wycinamy kółka, ostrożnie napełniamy je farszem, po czym umieszczamy na foremce i sklejamy. Należy uważać, aby pierożek był dobrze sklejony, bo potem niestety pękają pod wpływem ciśnienia, jakie powstaje w ‘komorze farszu’ podczas obróbki cieplnej. Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni, smarujemy blachę olejem i wrzucamy pierożki na ok.30 minut, aż nabiorą złotego koloru. Nie malujemy żadnym białkiem jaja, bo to wegańskie pierogi.

ciasto drożdżowe

Wałkujemy 🙂

pierogi z pieca

Pierożki w Piekle 🙂

Pierożki z pieca wyglądają bardzo efektownie, a smak jest godzien królewskich stołów. Doskonałe nie tylko solo, ale także w duecie z zupą kremem lub jakimś śródziemnomorskim alkoholem typu wino.

Smaczności!!

pierogi z pieca

Pierogi z Piekła m/