Biohazard – State of The World Adress

Z zespołem Biohazard spotkałam się w zderzeniu z bluzą starszego kolegi ze szkoły, w którym się podkochiwałam. Postanowiłam przyjrzeć się tej sprawie z bliska za pośrednictwem odpowiedniej prasy, skąd między innymi dowiedziałam się, że muzyka rzeczonego zespołu to fuzja metalu i rapu. Takie porównanie samo w sobie brzmiało egzotycznie, nie mniej, niż to, czego doświadczyłam później, oglądając mój ulubiony program Headbanger’s Ball. Był to zapewne rok 1995, ale ręki sobie nie dam uciąć. Trwała promocja albumu State of The World Adress, toteż szybko zaopatrzyłam się w jego wersję kasetową.

Dopiero po dziesięciu latach, gdy internet na dobre wprowadził się do mojego domu, dowiedziałam się, że ta ‘fuzja metalu i rapu’ to crossover i wcale nie musi zawsze składać się z tych samych komponentów. Dużym przeoczeniem było pominięcie trzeciego składnika, jakim był hardcore – wpływ tego gatunku słychać najbardziej na starszych płytach, niemniej obecny jest również w kompozycjach ze State of The World Adress. Pytając pierwszego lepszego dzieciaka na deskorolce, jaką muzykę gra Biohazard, można było się dowiedzieć tylko, że ‘metal z rapem’. Ktoś tu namieszał…

Jakkolwiek nie wyglądałaby sprawa zaszufladkowania, taki crossover wówczas okazał się atrakcyjny dla mnie brzmieniowo w stopniu najwyższym. Ciężkie, niekiedy sabbathowe riffy, zastosowanie typowo metalowej harmonii w kompozycjach, częste zmiany tempa  to elementy, które w konfrontacji z wokalistą ‘zapodającym rymy’, połamanym beatem i ‘społecznymi’ tekstami stworzyły power nie ustępujący Chaos A.D. Sepultury, a nawet momentami idący dalej. W tym samym czasie usłyszałam też Rage Against The Machine, ale ich twórczość nie wpadła mi w ucho – za dużo funku, zbyt mało metalu. Muzykę RATM docenię później, ale na pewno nie do tego stopnia.

Nie mogłam pośpiewać z wokalistą za bardzo (porzygać do dezodorantu?), gdyż mój umysł nie obejmuje tego sposobu interpretacji tekstu, za to motyw grany na fortepianie odwzorowałam na klawiszach bardzo szybko.  Muza przesycona klimatem nowojorskich ulic, labiryntów metra, ciemnych zaułków, podejrzanych okolic, tak w warstwie tekstowej, jak i muzycznej, sprawiała, że mogłam sobie usiąść, zamknąć oczy i znaleźć właśnie tam, gdzie narodziły się te dźwięki. Magia? Potem odkryję, że sporo kapel wywodzących się z Nowego Jorku ma w swojej muzie taki swoisty, unikatowy wręcz niepokój. Jakby w tym metrze, w tych ciemnych uliczkach czaiło się coś wyjątkowo paskudnego…

Katowałam State of The World Adress bardzo długo, a równolegle z nim inne płyty Biohazard, ale ta była pod wieloma względami wyjątkowa. Kapela osiągnęła wówczas szczytową formę, co w dużej mierze przełożyło się na efekt końcowy. Powstała płyta dojrzała, dzieło skończone, o mocy bomby atomowej. Jak większość dzieł spod znaku ‘crossover’, wywarła znaczny wpływ na zbliżający się wielkimi krokami w kierunku metalowego mainstreamu nu metal (spotkałam się nawet z takim określeniem twórczości Biohazard i nieledwie spadłam z krzesła…). Wszystko, co zadziało się potem, było już mało fascynujące. Zaszły też zmiany personalne, które w moim odczuciu zaważyły na działalności zespołu.

Wróciłam do albumu po wielu latach, kupiłam sobie nawet oryginalny CD, ale już mnie nie podniecił. Nie potrafiłam zrozumieć, co było w nim tak wyjątkowego – byłam już inną osobą, miałam inne potrzeby. Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że płyta jest dla mnie szczególna i dokonała zmian w moim sposobie odbierania muzyki.

Może powinnam jeszcze spróbować?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: