Black Sabbath – Dehumanizer

Gdy już poruszamy się z prędkością blastów po ekstremalnej autostradzie, w pewnym momencie zazwyczaj natrafiamy na niezbyt dobrze oznakowany zjazd z napisem ‘klasyka gatunku’.  Oczywiście, nie od razu chcemy podążyć w tym kierunku, ale prędzej czy później, zmuszeni okolicznościami, zachęceni przez znajomego lub powodowani zwyczajną, prowadzącą do piekła ciekawością, w końcu postanawiamy zjechać i zobaczyć, co się za tym kryje.

Pomimo dość częstej obecności Black Sabbath we wspomnianym programie Headbanger’s Ball, który stanowił dla mnie najważniejsze źródło metalowej edukacji w latach 90, nie udało im się wpaść mi w ucho i podążyć stamtąd do innych organów. Wokal Ozzy’ego, wolne, ciężkie riffy oparte głównie na bluesowej harmonii nie były w stanie specjalnie mnie wówczas podniecić, zdawały się raczej być czymś z dość odległej epoki. Zbyt odległej dla gówniary wychowanej na Guns n’Roses i z politowaniem patrzącej na szalejący w mainstreamie grunge. Historia lubi jednak zataczać koło.

Z biografią Black Sabbath zapoznałam się bliżej dzięki miesięcznikowi ‘Tylko Rock’. Miałam wtedy 12 lat i wykupioną roczną prenumeratę, więc nic nie mogło umknąć mojej uwadze. Wiedziałam, że panowie chętnie zmieniali wokalistów, toteż dzięki uprzejmości przyjaciół zza wschodniej granicy, w kurzu i skwarze oferujących alkohol, papierosy oraz płyty CD, wkrótce mogłam na własne uszy poznać wkład każdego z nich w brzmienie ojców/dziadków metalu za sprawą jakiejś składanki chałupniczej ukraińskiej produkcji. Owszem, brzmienie to ewoluowało, lecz jedna rzecz była zawsze niezmienna: Tony Iommi i jego riffy – kwintesencja Black Sabbath.

Po płytę ‘Dehumanizer’ z roku 1992 sięgnęłam głównie z powodu wokalisty, a był nim wówczas nie-świętej pamięci Ronnie James Dio. Ten niepozorny człowieczek dysponował tak potężnym heavy-metalowym wokalem, że moim zdaniem, jest on do tej pory najlepszym wokalistą na tej działce. W zasadzie to wydawnictwo Sabbathów w dużej mierze swoją moc zawdzięcza właśnie jemu. Była to osoba wyjątkowo utalentowana, jak również niedoceniana przez rzesze fanów BS zapatrzonych w Ozzy’ego (tego typa wolę solo, ale o tym kiedy indziej). Fani ci zapewne złożą mi teraz obietnicę kocówy przy najbliższej okazji. Oczywiście, mamy tutaj też sporą porcję tego, co Tony Iommi potrafi robić najlepiej, opakowanego w metalowe brzmienie przełomu dekad, lecz tak samo ciężkie i pełne smoły z diabelskiego kotła. Każdy numer na tej płycie jest wyjątkowy, wyrazisty i z zadatkami na przebój roku, ale to właśnie ‘I’ jak dla mnie jest mistrzostwem świata zarówno kompozycyjnym, jak i wokalnym. Uważam, że Ronnie pokazał w tym kawałku swoje możliwości od początku do końca, a sam numer stworzył mu ku temu możliwość. To niewątpliwie jedna z tych piosenek, które nigdy się nie nudzą, lecz zawsze są w stanie skopać tyłek. W późniejszym czasie spod palców Iommiego wyjdzie dość podobnej mocy petarda – ‘Headless Cross’ – lecz Tony Martin w roli wokalisty to już zdecydowanie nie ta liga.

Nie mogę sobie przypomnieć za Chiny ludowe, w jaki sposób weszłam w posiadanie oryginalnego CD. Hologram na plastikowym opakowaniu daje do zrozumienia, iż musiał być to jakiś porządny punkt detaliczny, ale w czeluściach mojej pamięci nie znajduję żadnej odpowiedzi.

I am anger
Under pressure
Locked in cages
A prisoner, the first to escape…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: