Pierogi z Piekła

Nie spotkałam jak do tej pory nikogo, kto nie lubiłby pierogów. Przypominające swoim wyglądem rosyjskie pielmienie, w dalszym ciągu programu mają z nimi niewiele wspólnego, a już na pewno tak zwane pierogi ruskie. Polska skłonność do kosmopolitycznego nazewnictwa tradycyjnych potraw nieco wprowadza nas w błąd, lecz nie jest to aż tak istotne, gdy ciężko nam się oprzeć temu, co spogląda na nas z talerza. Wyrób pierożków jest oczywiście czasochłonny i to bodajże jedyna ich wada, bo finansowo nie doprowadzą nas do ruiny, a doznania zmysłowe zrekompensują trudy manualnej produkcji. Tak, tak, powstały różne niby-mechaniczne ułatwiaczki tego procesu, lecz moim zdaniem najlepsze i najsmaczniejsze to pierożki wyrabiane ręcznie.

Z pierogami z pieca zetknęłam się ponad 10 lat temu w Warszawie i nie za sprawą osławionej Pierogerii, a pewnego baru sałatkowego na Placu Bankowym. Leżały na talerzu i mówiły do mnie ‘weź mnie’. Na fiszce cenowej napisane było: pierogi włoskie. Spytałam, czy zawierają mięso, a miła pani wyjaśniła mi, że nie. Były moje. Złote, chrupiące, z artystycznie ulepioną falbanką. Po kilku latach postanowiłam wykonać je w domu, pomagając sobie zestawem foremek z Lidla, które nadają im TEN kształt. Produkcja owszem czasochłonna, finanse nie cierpią, rezultat – bezcenny.

foremki do pierogów Lidl

Foremki do produkcji pierożków by Lidl

PIEROGI Z PIEKŁA – NADZIENIE WŁOSKIE – vegan

CIASTO:

– 1/2kg mąki
– zioła z Lidla do pizzy lub Kotanyi Zioła Włoskie – te ostatnie zawierają sól, więc trzeba uważać przy soleniu
– pół łyżeczki soli
– 3 łyżki oleju
– 1 saszetka drożdży Dr Oetker
– ok.300ml wody, ale jakby co, można to zmodyfikować
– miska & stolnica

FARSZ:

– 300g pieczarek
– pół lub cała średnia papryka
– średnia cebula
– pomidor
– zioła z Lidla do pizzy lub Kotanyi Zioła Włoskie
– szczypta soli do smaku
– 2 łyżki oleju
– 300g warzyw mrożonych bez ziemniaków (tak na oko 1/2 torebki)
– 1,5 łyżki stołowej papryki słodkiej
– opcjonalnie ząbek czosnku drobno posiekany

ciasto drożdżowe

Robimy ciasto 🙂

Wysypujemy składniki ciasta do dużej michy. Najlepiej do takiej miednicy z łazienki. Dodajemy wodę i urabiamy na gładko. Jeśli wody jest za mało, możemy jej jeszcze dodać, jeśli za dużo – dodajemy mąki, ale ostrożnie. Kiedy ciasto jest już wyrobione, przykrywamy michę ściereczką i odstawiamy w ciemny, ciepły kąt, żeby urosło. Czas rośnięcia to kwestia indywidualna, tak więc należy ciasto obserwować. W tym czasie możemy zająć się przygotowaniem farszu.

ciasto drożdżowe

Ciasto urobione

Cebulę i paprykę kroimy w kostkę, następnie wrzucamy na rozgrzaną patelnię, aby lekko zmiękczyć. Pieczarki płuczemy i kroimy tak jak umiemy. Dobrze by było, gdyby to była taka elegancka kostka.

papryka cebula

Warzywka 🙂

pieczarki

Pieczarki

 

Pieczarki wrzucamy na patelnię, dodajemy przyprawy, trochę wody i dusimy pod przykryciem ok.15 minut. W międzyczasie oskórowujemy pomidora, kroimy w kostkę i po przepisowym czasie duszenia dodajemy do powstającego farszu.

pomidor obrany ze skórki

Oskórowywany pomidor – zgroza !!

Dusimy jeszcze z 5 minut, następnie dodajemy warzywa i pilnujemy, aby dobrze się rozmroziły. Ponieważ jest to farsz do pierożkow, duże kawałki warzyw przecinamy drewnianą łopatka na mniejsze kawałki. Co jakiś czas zaglądamy do ciasta, czy dobrze sobie rośnie. Mi jakoś nie chciało rosnąć, ale to kwestia temperatury w pomieszczeniu. Po przeniesieniu do kuchni zaczęło nabierać kształtów.

foremki do pierogów Lidl

Tak wycinamy ciasto przy pomocy foremki

Wyciągamy stolnicę, posypujemy ją mąką, bierzemy wałek i rozwałkowujemy ciasto w miarę cienko. Przy pomocy foremek wycinamy kółka, ostrożnie napełniamy je farszem, po czym umieszczamy na foremce i sklejamy. Należy uważać, aby pierożek był dobrze sklejony, bo potem niestety pękają pod wpływem ciśnienia, jakie powstaje w ‘komorze farszu’ podczas obróbki cieplnej. Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni, smarujemy blachę olejem i wrzucamy pierożki na ok.30 minut, aż nabiorą złotego koloru. Nie malujemy żadnym białkiem jaja, bo to wegańskie pierogi.

ciasto drożdżowe

Wałkujemy 🙂

pierogi z pieca

Pierożki w Piekle 🙂

Pierożki z pieca wyglądają bardzo efektownie, a smak jest godzien królewskich stołów. Doskonałe nie tylko solo, ale także w duecie z zupą kremem lub jakimś śródziemnomorskim alkoholem typu wino.

Smaczności!!

pierogi z pieca

Pierogi z Piekła m/

Advertisements

Zaklinacz Słów

Ta recenzja będzie niecodzienna, gdyż niecodzienna jak na mój gust jest książka, której poświęcę dziś uwagę. Jak wiadomo lubuję się przecież we wszystkim co kontrowersyjne, brutalne, zabójcze w swej prostocie i odarte ze złudzeń. Tak, pozbawione romantyzmu i bajkowości. Jaki jest Zaklinacz Słów? Właśnie taki. Inny niż wszystko, co do tej pory zostało przeze mnie zrecenzowane.

W posiadanie książki weszłam  zupełnie bezpośrednio. Autorka opatrzyła ją dla mnie stosowną, nieco osobistą dedykacją, a że klimaty orientalne zawsze gdzieś się koło mnie przewijały, bardzo chętnie przyjęłam Zaklinacza wraz z możliwością zapoznania się z lekturą.

‘…Każdemu z nas jest coś przeznaczone, coś zapisane, coś, co musi się spełnić…’ – czytam nieco wyrwane z kontekstu zdanie umieszczone na okładce. Książka jest w dotyku całkiem zamszowa, wręcz pluszowa niczym miś. Wydana z wielką dbałością o szczegóły – nawet kolor papieru zapewne nie jest przypadkowy. Jest też komponująca się zakładka – wydawca pomyślał o wszystkim.

Do zawartości spisanej na fabrycznie pożółkłych kartach podchodziłam trzy razy. Przyzwyczajona do języka reportażu lub kryminałów oraz zupełnie innego rodzaju akcji dość opornie brnęłam przez baśniową treść w poetyckiej stylizacji. Jeśli jednak wszystko ma swoje miejsce i czas, pewnego dnia, w zapchanym autokarze na trasie Lublin-Warszawa przyszedł moment, w którym książka pochłonęła mnie bez reszty i nie dała o sobie zapomnieć, aż ujrzałam ostatni wyraz na ostatniej stronie.

Rzecz dzieje się przeważnie w Londynie, choć pojawia się także Lublin oraz Kraków. Dosłownie na chwilę. Główną bohaterką jest Nina – młoda dama zamotana gdzieś na granicy dwóch światów. Tytułowym zaklinaczem jest pochodzący z Bliskiego Wschodu aktor, pełniący także rolę bajarza. Jak się potem okaże, ma on swoją mocno pokręconą historię,w którą zostanie wciągnięta główna bohaterka. Nina ulega oczywiście przeogromnej fascynacji tajemniczym cudzoziemcem i od tej pory nic już nie jest ani takie samo, ani do końca realne. Sprzęty domowe mówią, gniewają się, skwierczą, piszczą, miasto, domy również zdają się żyć innym życiem. Kot paczy, szafa gra, Czesław śpiewa. Byłoby ogromnie irytujące czytanie o tak masowym poruszeniu przyrody nieożywionej, spodziewając się książki dla dorosłych, gdybym nie wzięła trzech oddechów i nie zaczęła czytać między wierszami, bo tam znalazło się drugie dno. Cały ten korowód żyjących sprzętów AGD/RTV, mebli, materiałów budowlanych i bibelotów ma za zadanie wprowadzić czytelnika w osobliwy klimat, jak sądzę. Azaliż wprowadził on.

Kiedy już zaakceptowałam fakt, że nie wiadomo, czego można się spodziewać po wyposażeniu domu, zaczęłam kolejno poznawać niezwykłe historie, których narratorzy, wysłuchani przez głównych bohaterów, często dostawali od życia drugą szansę. Nie będę spojlerować – to wszystko można sobie przeczytać. Moją szczególną uwagę przykuł motyw bezdomnego opętanego od lat przez dżina. Ten okazał się nie mieć nic wspólnego ze swoją disneyowską, skomercjalizowaną wersją, choć z początku tak mogło się wydawać.
Zza każdej z tych historii, ubranych w ludzkie uczucia, emocje, namiętności, wyziera nieśmiało odpowiednie przesłanie. Autorka bardzo ładnie dozuje wszystkie elementy tego ‘ubioru’, co sprawia, że nie odczuwa się żadnego moralizatorskiego tonu ani też wybuchów rodem z brazylijskiej telenoweli. Wszystko jest ładne, miłe, często smutne, pełne melancholii, choć sama książka kończy się… miałam nie spojlerować… dość zaskakująco.

Po zamknięciu tej książki i odłożeniu jej na półkę pojawiło się w mojej głowie pewne retoryczne pytanie. Czy to nie jest tak, że ci ‘wstrętni emigranci’ przywożą ze sobą coś, co może stać się z czasem pewną wartością dodaną ? Kuchnia, kultura, muzyka, literatura, teatr… Czy nasz piękny kraj nad Wisłą nie jest czasem o coś uboższy ?
Tak sobie właśnie dumam, zasadzając się na kolejny kryminał Jo Nesbø.

Black Sabbath – Dehumanizer

Gdy już poruszamy się z prędkością blastów po ekstremalnej autostradzie, w pewnym momencie zazwyczaj natrafiamy na niezbyt dobrze oznakowany zjazd z napisem ‘klasyka gatunku’.  Oczywiście, nie od razu chcemy podążyć w tym kierunku, ale prędzej czy później, zmuszeni okolicznościami, zachęceni przez znajomego lub powodowani zwyczajną, prowadzącą do piekła ciekawością, w końcu postanawiamy zjechać i zobaczyć, co się za tym kryje.

Pomimo dość częstej obecności Black Sabbath we wspomnianym programie Headbanger’s Ball, który stanowił dla mnie najważniejsze źródło metalowej edukacji w latach 90, nie udało im się wpaść mi w ucho i podążyć stamtąd do innych organów. Wokal Ozzy’ego, wolne, ciężkie riffy oparte głównie na bluesowej harmonii nie były w stanie specjalnie mnie wówczas podniecić, zdawały się raczej być czymś z dość odległej epoki. Zbyt odległej dla gówniary wychowanej na Guns n’Roses i z politowaniem patrzącej na szalejący w mainstreamie grunge. Historia lubi jednak zataczać koło.

Z biografią Black Sabbath zapoznałam się bliżej dzięki miesięcznikowi ‘Tylko Rock’. Miałam wtedy 12 lat i wykupioną roczną prenumeratę, więc nic nie mogło umknąć mojej uwadze. Wiedziałam, że panowie chętnie zmieniali wokalistów, toteż dzięki uprzejmości przyjaciół zza wschodniej granicy, w kurzu i skwarze oferujących alkohol, papierosy oraz płyty CD, wkrótce mogłam na własne uszy poznać wkład każdego z nich w brzmienie ojców/dziadków metalu za sprawą jakiejś składanki chałupniczej ukraińskiej produkcji. Owszem, brzmienie to ewoluowało, lecz jedna rzecz była zawsze niezmienna: Tony Iommi i jego riffy – kwintesencja Black Sabbath.

Po płytę ‘Dehumanizer’ z roku 1992 sięgnęłam głównie z powodu wokalisty, a był nim wówczas nie-świętej pamięci Ronnie James Dio. Ten niepozorny człowieczek dysponował tak potężnym heavy-metalowym wokalem, że moim zdaniem, jest on do tej pory najlepszym wokalistą na tej działce. W zasadzie to wydawnictwo Sabbathów w dużej mierze swoją moc zawdzięcza właśnie jemu. Była to osoba wyjątkowo utalentowana, jak również niedoceniana przez rzesze fanów BS zapatrzonych w Ozzy’ego (tego typa wolę solo, ale o tym kiedy indziej). Fani ci zapewne złożą mi teraz obietnicę kocówy przy najbliższej okazji. Oczywiście, mamy tutaj też sporą porcję tego, co Tony Iommi potrafi robić najlepiej, opakowanego w metalowe brzmienie przełomu dekad, lecz tak samo ciężkie i pełne smoły z diabelskiego kotła. Każdy numer na tej płycie jest wyjątkowy, wyrazisty i z zadatkami na przebój roku, ale to właśnie ‘I’ jak dla mnie jest mistrzostwem świata zarówno kompozycyjnym, jak i wokalnym. Uważam, że Ronnie pokazał w tym kawałku swoje możliwości od początku do końca, a sam numer stworzył mu ku temu możliwość. To niewątpliwie jedna z tych piosenek, które nigdy się nie nudzą, lecz zawsze są w stanie skopać tyłek. W późniejszym czasie spod palców Iommiego wyjdzie dość podobnej mocy petarda – ‘Headless Cross’ – lecz Tony Martin w roli wokalisty to już zdecydowanie nie ta liga.

Nie mogę sobie przypomnieć za Chiny ludowe, w jaki sposób weszłam w posiadanie oryginalnego CD. Hologram na plastikowym opakowaniu daje do zrozumienia, iż musiał być to jakiś porządny punkt detaliczny, ale w czeluściach mojej pamięci nie znajduję żadnej odpowiedzi.

I am anger
Under pressure
Locked in cages
A prisoner, the first to escape…

Tacos of Torture

Muszelki do Taco

Gdy powróciłam z urlopu i wszystko, łącznie z pogodą, nachalnie dawało mi do zrozumienia, że to już koniec lata i nie ma co zbierać, postanowiłam wykonać dość odległą podróż kulinarną. Oczywiście, nie byłoby to aż tak łatwe i wesołe, gdyby nie Tydzień Meksykański w Lidlu.
Ostatnie doniesienia prasowe z portalu fronda.pl, jako że Lidl to szatański sklep, gdzie na produktach widnieje głowa kozła, a cena 6,66 mówi sama za siebie, tym bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że to mój ulubiony sklep i czuję dreszcz podniecenia, gdy już wiem, że na pewno tam idę. Myślę, że nie tylko ja przeżywam ten stan, a bzdurne wynurzenia redaktorów wspomnianego portalu to wspaniała, darmowa reklama. I choć niektóre dania instant w tym przybytku mają smak tektury z Domestosem, a ceny nie czynią szczególnych cudów, lubię ten sklep za multikulturowość żarcia oraz bardzo niemieckie, solidne podejście do wielu tematów.

Już od dawna chodziłam wokół muszelek kukurydzianych do wykonania potrawy taco. Zastanawiałam się, jak to ugryźć. W momencie powrotu do mojego miasta i zapoznania się z ofertą Lidla, spłynęło na mnie oświecenie, czego efektem była blacha pełna pyszności oraz ten spóźniony, ale nie mniej smaczny post.

TACOS OF TORTURE + SALSA MEXICANA – porcja dla 2 osób, aczkolwiek mogę się mylić…

TACOS:

– 1 opakowanie muszelek do Taco by Lidl Stiftung
– 1 puszka czerwonej fasoli w sosie chilli, też z Lidla
– garść warzyw mrożonych meksykańskich z Lidla
– 1 średni pomidor skąd chcecie
– marynowane jalapenos
– ser edamski
– mix sałat
– zioła włoskie w młynku by Kotanyi oraz łyżka słodkiej papryki
– łyżka oleju roślinnego

SALSA:

– 2 średnie pomidory
– pęczek świeżej kolendry
– 1 mała papryczka chilli
– 1 mała cebula, najlepiej czerwona, ale białą się nikt nie otruje
– odrobina soli

Główne komponenty salsy m/

Najpierw zabierzemy się za salsę – jest to rodzaj sałatko-sosu z posiekanego pomidora z dodatkiem papryczki chilli. Zanim przystąpimy do działania, musimy przyswoić jedną ważną zasadę BHP: po każdym kontakcie rąk z sokami papryczki chilli, bezwzględnie myjemy ręce. Pozwoli to uniknąć bardzo nieprzyjemnego uczucia, gdy przypadkowo, zupełnie bezmyślnie wsadzimy sobie np. palec w oko. Gorąco nie polecam.
Obrane ze skóry pomidory pozbawiamy nasion wraz z otaczającą je pomidorową galaretą, następnie siekamy w mniejszą kostkę. To samo robimy z cebulą i papryczką chilli oraz pęczkiem kolendry. Mieszamy wszystko w miseczce, po czym wyciskamy połówkę limonki. Dodajemy odrobinę soli do smaku. Wstawiamy do lodówki i zabieramy się za farsz do taco.

Salsa

Jeśli korzystaliście z mojego przepisu na Enchiladę z Pieca, przygotowanie farszu może wydać się wam bardzo podobne. Rozgrzewamy olej na patelni, wrzucamy puszkę fasoli, pokrojonego i obranego ze skóry pomidora (możemy też dodać ‘flaki’ z pomidorów użytych do salsy), podgrzewamy, po czym wrzucamy warzywa, przyprawy i wszystko to podgrzewamy aż znacznie zgęstnieje. Możemy dodać też odrobinę papryczki chilli, jeśli nam została po zrobieniu salsy. Hardkorzy mogą dodać kilka kropel Tabasco. Bez względu na poziom hardkoru, w międzyczasie zajmujemy się tarciem sporych ilości żółtego sera.
Jak wyglądają muszelki do Taco zobaczyliście już na początku tego postu. Gdy farsz nabierze odpowiedniej gęstości, zestawiamy go z palnika i bierzemy się za nadziewanie muszelek. Najpierw wrzucamy do środka starty ser, potem farsz, następnie jalapenos, na końcu ‘poprawiamy’ żółtym serem. Nadziane muszelki układamy na wysmarowanej olejem roślinnym blasze.

Step 1

Step 2

Step 3

 

Step 4

Mam nadzieję, że nie zapomnieliście w międzyczasie rozgrzać piekarnika do 200 stopni, ponieważ teraz właśnie będzie wam potrzebny. Umieszczamy tam naszą blachę z nadzianymi muszelkami na ok.15-20 minut.

W piekarniku 🙂

Po zapieczeniu muszelek, wyciągamy je z piekarnika i układamy na talerzu uprzednio wyłożonym mixem sałat i salsą. Jemy ze smakiem. Popijamy piwem o smaku tequili z Lidla.
Smacznego !!

Tacos of Torture m/

Czyste Zło

Gdy wybrałam się do hipermarketu Leclerc, aby zakupić tani ketchup do frytek, gdy już mój wybór padł na ketchup łagodny made in Parczew, postanowiłam przyjrzeć się nieco ladom chłodniczym z nabiałem w celu wyhaczenia jakiegoś smaru do ewentualnych kanapek na śniadanie lub późną kolację. W sąsiedztwie plastrowanych serów do kanapek natknęła się na to:

Czyste Zło

…i od razu zdecydowałam, że bez tego nie wychodzę. Moja kulinarna fantazja podsuwała mi najbardziej grzeszne obrazy.
Saszetka zawiera dokładnie to, o czym informuje napis na opakowaniu: jest to półpłynny ser topiony o wyrazistym smaku. Zgodnie z moimi podejrzeniami, doskonały nie tylko jako smar do pieczywa, lecz także jako ‘zabielacz’ do sosów, składnik sosu serowego, dip do chipsów oraz – tak… – frytek, sos kanapkowy. Jednym słowem wyrób niemalże uniwersalny. Nie zdziwiłabym się, gdyby zaczął robić kawę.
Ochrzciłam go mianem ‘czyste zło’, gdyż jest tak kuszący, że zaraz po otwarciu opakowania ciężko się od niego odkleić. Znika z prędkością światła. Tak też najwyraźniej zniknął z półek hipermarketu Leclerc, kiedy ostatnio udałam się tam, aby uzupełnić zapas. Jest to słona, serowa wersja nutelli i z pewnością można również napełniać nią naleśniki, staczając się w odmęty grzechu nieumiarkowania w jedzeniu i piciu.
‘Czyste zło’ zajęło honorowe miejsce na talerzu pełnym frytek, zaraz obok plamy ketchupu Parczew. Nie muszę chyba specjalnie pisać, jak epickie było to połączenie.

Gorąco polecam!!

Czyste zło + frytki + ketchup = 666

Tylko Seks

Najdziksze pomysły mam zawsze, gdy pracuję w terenie. Te na własną książkę przede wszystkim. Ostatni mój pomysł na światowy bestseller ocierający się o 50 Twarzy Greya przedstawiał się z grubsza następująco: całkiem niegłupia i niebrzydka laska z prowincji (w tej roli ja), obdarzona nieprzeciętną wyobraźnią, dostatecznym skillem pisarskim oraz cyniczno-ironicznym stosunkiem do otaczającej ją rzeczywistości (ja <3), wyjeżdża za chlebem do dużego miasta (w tej roli Warszawa). Marzy jej się pisanie opowiadań do gazetek dla dorosłych, lecz nieoczekiwany splot wydarzeń zaowocuje zupełnie nowymi możliwościami, o których niunia nie śniła nawet w najbardziej mokrych snach. Oczywiście, świeżutkie fragmenty porno-prozy składowanej przez naszą bohaterkę w szufladzie, przeplatają się z akcją i niejako z nią nawet współgrają. Całość w konwencji mocno ironizującej komedii romantyczno-erotycznej. Kopciuszek w krzywym zwierciadle. Dla gospodyń, dla domu, dla rodziny. Cena 19,99 w ‘miętkiej’ okładce, na szarym papierze. Trzymać z dala od świętych obrazków, niestety…

…a potem trafiłam przypadkowo w internecie na krótki opis książki ‘Tylko Seks’ i to, co zawierał, wydało mi się podejrzanie znajome, jakby wprost wykopane z moich przemyśleń. Bohater piszący erotyczne opowiadania wyjeżdża do dużego miasta (w tej roli Warszawa) za chlebem… Podtytuł wprawdzie sugerował inną konwencję. Z daleka biło klimatem ‘ku przestrodze’. Wewnętrzny demon szeptał mi za uchem: ‘Muszę mieć tą książkę TERAZ’.  Jednocześnie mój pomysł na czytadło dla znudzonych pań i panien przestał w tym momencie być genialny. Co więcej – przestał b y ć! Nie płakałam za nim. Jestem już duża.

(zemszczę się)

‘Paradokumentalna opowieść o polskim pornobiznesie’ wciąga bez reszty, bawi, lecz przede wszystkim nie pozostawia złudzeń. To, co dla wielu przeciętnych Kowalskich wydaje się być cudownym, barwnym światem, gdzie marzenia o seksie, pieniądzach i sławie spełniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jest kompletnym bagnem z bardzo przaśnym akcentem (tak, to słowo jest teraz modne: przaśny). Niejeden z was w opisie realiów panujących w ‘redakcji’ odnajdzie elementy pasujące do firmy, w której aktualnie pracuje. Jest mobbing, jest wsadzanie na minę, są znajomości, jest bzdurna, niepotrzebna papierologia, jest chamstwo i wyzysk. Jest bardzo polskie podejście do prowadzenia biznesu. Oczywiście, zwracam honor wyjątkom, które potwierdzają regułę.

Hipokryzja toczyłaby mój umysł pospołu z małomiasteczkowością, gdybym zarzekała się tu i teraz, że nie miałam w rękach NIGDY polskiej prasy erotycznej. Mogę zaręczyć, że opisane w książce sytuacje, w nawiązaniu do zbadanego przeze mnie dawno temu materiału prasowego, są autentyczne lub co najmniej wysoce prawdopodobne. Ludzie ukazani na zdjęciach nie są piękni i wyjątkowi, jak zagraniczne gwiazdki porno pokroju Sashy Grey. Tło miłosnych gier wieje pozostałościami po meblościankach i tandetnymi dekoracjami w stylu ‘do bólu sztuczne kwiaty’. Przaśność wylewa się fałdami tłuszczu, wąsami, sandałami, skarpetami, rozmazanym makijażem, wyziera bezwstydnie zaniedbanym ciałem ukwieconym bazarową bielizną. To nie są żadne gwiazdy – to na przykład pani z mięsnego i pan emeryt-rencista, przyciśnięci razem głodem i niespłaconymi pożyczkami, odkrywający swoje intymne sekrety za 500zł plus koszt podrózy. W takim obrazku najbardziej podniecający jest chyba tylko turpizm. Tak, to właśnie polska ‘branża porno’ – przynajmniej ten element ‘z doskoku’.

Co z gwiazdami?

Pozwolę sobie tu przytoczyć fragment książki, który najlepiej to oddaje: ‘… Czemu na kontrakcie mieliśmy pokemony, a te najbardziej wartościowe, najładniejsze sztuki (…) przemykały przez studio? (…) Pornografia przyciąga na stałe tych, którzy w realnym życiu nie mieli innej alternatywy. (…) Bo tak naprawdę tylko to im pozostało. (…) Dla tych kobiet nie było innego, normalnego życia poza pornografią. …’ Komentarz wydaje się zbędny, dlatego bezwzględnie odsyłam do lektury.

Czytając nie sposób się oprzeć przeżyciu pewnego rodzaju traumy, swoistego katharsis, gdy cały ten tajemniczy, kuszący świat erotyki nagle zrzuca zasłonę i pokazuje nam wielkie ordynarne dupsko z obowiązkowym bonusem w postaci kupy. Tak właśnie kształtują się moje odczucia po tej lekturze, skądinąd bardzo ciekawej i ryjącej banię jeszcze długo po przeczytaniu ostatniego zdania. Fakt, iż jest to paradokument, a więc autor niczego specjalnie nie zmyślił, przyczynia się znacznie do intensywnego odbioru treści i nawet prosty, miejscami kolokwialny język nie jest w stanie niczego popsuć, wręcz oddaje rzeczywistość i sprawia, że nie odczuwamy tych niemalże 500 stron. Polecam każdemu zainteresowanemu tematem lub spragnionemu ciekawej, lekkiej lektury podczas jazdy tramwajem do pracy, gdyż na prawdę nie ma sensu oddawać tej książki w ręce wyłącznie chłopcom i dziewczętom opętanym przez ‘Twój Weekend’. Oni chyba nie potrzebują książek na ten temat.

Bób

Bób śmierdzielem zwany

Bób z racji niezbyt wyjściowego zapachu wydzielanego podczas obróbki cieplnej jest przeze mnie zwany śmierdzielem, lecz do kuchni zapraszam go bardzo serdecznie, gdy tylko nastanie sezon. Wiele niezbyt dojrzałych psychicznie jednostek podobno ludzkich zdaje się szydzić z tego osobliwego produktu rolnego i unikać konsumpcji bądź zwyczajnie nie przyznawać się do niej.  Jednostkom tym zalecam udanie się do przedszkola i powtórzenie zaniedbywanej tamże edukacji.

Bób na naszych stołach przeważnie występuje w postaci przekąski – gotowany w osolonej wodzie, podany w wielkiej misce przed telewizorem. Jak chipsy. Niemniej jednak, nie jest to jedyna możliwość, o czym przekonałam się, robiąc pewnego razu zakupy w sklepie internetowym http://www.arabskie.pl  , gdzie występował bób w formie zapuszkowanego dania gotowego na bazie pomidorowego sosu. Postanowiłam zaczerpnąć nieco z takiej potrawki, dodając nieco swoich wypróbowanych przypraw i warzyw, co zaowocowało przepysznym, zdrowym, wegańskim obiadem oraz dzisiejszym postem.

BÓB Z BLISKIEGO WSCHODU – porcja dla 2 osób

– 2 średnie pomidory lub 1 gigant mutant
– 1/2 kg bobu, najlepiej z targu, bo w markecie jest trochę sflaczały, to nic, że tani
– 1 łyżka stołowa przyprawy Cairo Shoarma by Kotanyi lub zamiennie dobra przyprawa curry lub mieszanka Garam Masala
– 1 łyżeczka kminu rzymskiego
– 2 ząbki czosnku
– 2 łyżki oleju roślinnego
– opcjonalnie kilka posiekanych listków świeżej kolendry i/lub mięty
– garść warzyw mrożonych by Lidl, opcja dowolna – ja wrzuciłam Mexico, moje ulubione :*

Bób płuczemy, wrzucamy do garnka z gotującą osoloną wodą i nie ineteresujemy się nim, dopóki nie zacznie ‘wonić’, wówczas co i raz sprawdzamy miękkość. Nie może być zbyt al dente tym razem, musi być miękki, ale nie może się rozłazić. W tym czasie bierzemy dwa pomidory – mi wystarczył jeden, bo był silnie zmutowany – ściągamy z nich skórę przy pomocy kąpieli we wrzątku, siekamy w kostkę i rozsmażamy w patelni na oleju roślinnym, dodając wspomnianych przypraw.

Pomidor mutant

Rozsmażing

Gdy bób jest już gotowy, odcedzamy go i wrzucamy do pomidorowego sosu. Wrzucamy tam też garść warzyw z Lidla oraz posiekany drobno czosnek i mieszamy, mieszamy, mieszamy, aż mieszanka wytraci więcej wody.

Potrawkę podajemy z ryżem lub kuskusem oraz z kolorową sałatką a la grecka, zmodyfikowaną wedle własnego widzimisię. Popijamy zimnym piwem z serii Radler albo Redd’s coś tam.

Smaczności!!

Bób z Bliskiego Wschodu + sałatka

Kochać się jak gwiazda porno

O Jennie Jameson dowiedziałam się kilka lat temu podczas rozmowy z jednym znajomym, biegłym w temacie filmów porno. Rozpływał się on niemalże w ekstazie nad urodą oraz innymi właściwościami tej pani, więc postanowiłam spytać o nią wszechwiedzącego wujka Google. Po wstępnym zapoznaniu się z materiałem różnego rodzaju, stwierdziłam, że zapewne z łóżka bym jej nie wygoniła, co najwyżej swoim starym zwyczajem zabrała kołdrę.

Nigdy nie uważałam zagranicznych gwiazd porno za jakiś gorszy gatunek człowieka, jak to zwykle się dzieje. Z zaciekawieniem śledziłam lakoniczne doniesienia o ich życiu prywatnym, tak czasem zaskakujące na tle tego, co powszechnie się uważa. Niejednokrotnie dostrzegałam, że wiele z nich to wyjątkowo piękne kobiety, którym urody mogłaby pozazdrościć niejedna mainstreamowa seksbomba. No tak – w tym przypadku seks nabiera zupełnie innego zabarwienia. Tak…

Zdaję sobie doskonale sprawę z edukacyjnego wymiaru filmów porno, jak również czysto ludycznego. Obie te funkcje oczywiście nie mają żadnego znaczenia dla zaciekłych wrogów tej działki rozrywkowej, gdyż… TO… przecież TO robi się tylko po ciemku, a najlepiej wcale nie robić, już pomijając jak można TO oglądać i mieć z tego fun??!! Spoglądam z trwogą w kąt w poszukiwaniu bicza i włosiennicy. Tak, tak – ludzkie sprawy najlepiej zamieść pod dywan z pobożnym życzeniem, aby nigdy spod niego nie wyzierały.

W przyrodzie nic nie ginie…

Po książkę pod postacią sporej, ponad 500 stronicowej cegły sięgałam bez obaw, że zasnę nad bezkresem jej treści. Kobieca intuicja podpowiadała mi, że będzie to mocna, lecz bardzo wyważona lektura. Byłabym obłudna, twierdząc, że ciekawość pikantnych szczegółów z branży porno nie podziałała na mnie jak magnes. Zakupiłam ją w stanie używanym od jakiejś dobrej duszy na allegro. Jak się okazało później, książka miała błąd drukarski: cztery strony były zupełnie puste. Nie wpłynęło to jednak znacząco na jej odbiór. Napełniłam szklankę lodem, odkamieniaczem oraz wywarem z fermentowanego zboża i zanurzyłam się w świat seksu, biznesu, pięknych kobiet, a także bardzo różnorodnych, wręcz skrajnych emocji.

Od samego początku zostałam dosłownie wessana bez reszty i ani na chwilę nie mogłam się oderwać. Pomimo znacznej ilości stron, przeczytałam książkę jednym tchem i miałam ochotę na kolejne 500 a nawet 1000, pomijając fakt, że 20% zajmowały zdjęcia. To w końcu książka o aktorce porno, artystce biegłej w sztuce wizualnej, a nie o zdegenerowanym pisarzu w kryzysie wieku średniego! Pierwsze zdania, z którymi spotyka się czytelnik, wciągają go w tajemniczą intrygę i prowadzą jak na smyczy przez barwne, lecz nie pozbawione cieni życie gwiazdy filmów dla dorosłych. Efektu dopełniają mocno poetyckie tytuły poszczególnych ksiąg a la rozdziałów, uzupełnione krótką formą jak najbardziej liryczną – ja upatrzyłam sobie w szczególności ‘Ekstrakt majowy w szklanej retorcie’. Teraz proszę was, zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie co może się kryć za tym tytułem. Z czym wam się kojarzy taki ekstrakt? Czyż to już nie brzmi cholernie zmysłowo? Tak bardzo, że…

…umyka podtytuł ‘opowieść ku przestrodze’.

Dla zwyczajnego zjadacza chleba, który lubi sobie czasami tym chlebem zagryźć pornograficzny obraz, wiele mitycznych okoliczności zostaje w tejże książce jakby brutalnie odczarowanych. Bohaterka nie raz staje twarzą w twarz z przemocą, narkotykami i morderczą, wyniszczającą zdrowie harówką, aby zadowolić bezlitosną machinę tego biznesu. Równolegle do poczynań w świecie porno toczy się życie prywatne, gdzie burzliwe związki z kolejnymi partnerami, trudne relacje z ojcem podszyte apoteozą zmarłej matki zdają się zazębiać, tworząc pewną całość tej zakręconej układanki. Początki jednej z najbardziej rozpoznawalnych marek w branży pornograficznej to brawura połączona z dziewczyńską naiwnością, skok na główkę w zupełnie obce odmęty. W dodatku marka ta tryska humorem, opowiada historie, od których staje także włos na głowie, jak również zupełnie otwarcie udziela łóżkowo-technicznych porad czytelniczkom. Czyż to już nie brzmi cholernie pociągająco?  Tak bardzo. że…

…nieważne, czy wypłata jest za tydzień, a na karcie znajduje się samotne 4,92. Polecam wejść w posiadanie koniecznie wersji papierowej tej książki, gdyż materiał fotograficzny, jakim są nie tylko erotyczne fotki Jenny, ale też obrazki z rodzinnego albumu, jest zbyt istotny, aby został tak obcesowo pominięty. Gorąco polecam lekturę w te gorące, duszne dni, gdy nie pomaga już ani drugie zimne piwo, ani trzecia szklanka whisky z lodem – nie zaszkodzi więc tak gorący temat.

Uniwersalny Poprawiacz Humoru

Nie otaczam szczególną czcią słodyczy, jak czyni to większość kobietek. Jak ktoś przyniesie – w porządku, zjem przez grzeczność czy też z łakomstwa, lecz będąc w sklepie mijam obojętnie regały ociekające czekoladami, ciastkami, batonami i innymi słodkościami. Nie działają już na mnie żelki, M&M’sy czy ciastka korzenne. Przechodzę obok nie rejestrując nawet zapachu podstępnie uwalniającego się na zgrzewach opakowań. Zatrzymuję się dopiero przy… wyspie mroźniczej. Tam w kolorowych torbach leżą obok siebie najróżniejsze – proste, karbowane, długie, cienkie, grube, talarki, łódki, a nawet odpowiednio przyprawione. Stoję tak chwilę, uśmiecham się, bo już wiem, które pojadą ze mną do domu.

Najbardziej upodobałam sobie Golden Longs by McCain. Są to pierwsze frytki, jakie pojawiły się w okolicach mojego podwórka, które przypominały te z McDonald’s. Chociaż podobny ‘fason’ w tej chwili mają w swojej ofercie zarówno Aviko jak i nieco tańszy Iglotex, coś każe mi sięgać przeważnie po tą samą torbę. Inne produkty tej wywodzącej się z Kanady rodzinnej firmy również nie raz gościły na moim talerzu, lecz pierwszeństwo mają zawsze długie złote frytki. Najlepiej z tanim ketchupem lub dipem czosnkowym na bazie tłustej śmietany. W takiej postaci zostały moim uniwersalnym poprawiaczem humoru. Stres? Przygnębienie? Melancholia? Za niecałe 9 złotych możesz się ich pozbyć, kupując Golden Longs by McCain!! Musisz jechać samochodem? Bez obaw – spożycie frytek nie wpływa na prowadzenie pojazdów lub obsługę maszyn! Masz ważną konferencję? Na pewno frytki nie sprawią, że zaczniesz się dziwnie zachowywać!

Wiem, wiem, że tłuste, że lepiej w piekarniku, że może lepiej na przemysłowej fryturze z Makro Cash&Carry. Osobiście polecam smażenie na głębokim oleju, na patelni. Do smażenia używam zawsze oleju roślinnego w niewielkiej ilości, w niedużej patelni, toteż smażę najczęściej partiami. Wykładam na talerz przykryty papierowym kuchennym ręcznikiem celem odsączenia oleju. Sól, mielony kmin rzymski, sól ziołowa, przyprawa do dań z ziemniaków, a nawet przyprawa do kurczaka tworzą udane połączenie ze złocistymi frytkami. Można je też ożenić z kolejnymi moimi poprawiaczami humoru: sałatką grecką i sałatką caprese. Warto również poszukać swojego patentu – zapewniam, że możliwości jest nieskończenie wiele.

Tymczasem wybywam na zakupy celem nabycia taniego ketchupu. Już wiecie, co będzie się działo.

Frytki ❤

Prucie

…pruć, spruć…

1. Dekonstrukcja elementów tekstylnych wykonanych techniką dziewiarską.

Prułam ten sweter cały dzień.

2. Udzielanie reprymendy, najczęściej w odniesieniu do reprymendy słownej, rzadziej pisemnej. Czasownik ‘pruć’ częściej występuje w formie dokonanej.

Ojciec spruł się do mnie, bo wypiłam mu piwo. 

UWAGA! Może występować również w osobliwej formie rzeczownika!

Szef urządził mi sprutę, gdy powiedziałam, że nie zrobię tej prezentacji.

3. Stosunek płciowy między osobami odmiennej lub tej samej płci.

Pojechały nad jezioro, aby bawić się, pić piwo i pruć z wsiowymi chłopakami w zbożu. 

W tym znaczeniu czasownik ‘pruć’ oraz rzeczownik ‘prucie’ jest używany i szeroko popularyzowany między innymi przez niejaką Caroline DeMon oraz jej znajomych, a także znajomych jej znajomych. WARNING!!! Prucie raz użyte, zostaje z użytkownikiem na długi czas, a może nawet na zawsze, gdyż wchodzi bardzo gładko i wesoło.

Enjoy your… acha, ‘prucie’ w trzecim znaczeniu nijak nie tłumaczy się na angielski, więc szpanu nie będzie. Miłego prucia !

#prucie