Wielka księga siusiaków

Pamiętacie szwedzką książeczkę dla dzieci traktującą o kupie? Całkiem przypadkiem natknęłam się na podobną pozycję o męskim przyrodzeniu, wyłowiwszy wzmiankę o niej z biegunki powiadomień na fejsie. Od razu zapragnęłam ją przeczytać lub chociaż potrzymać w rękach i nawet nie zarejestrowałam momentu, gdy ta odważna książeczka dla dzieci otworzyła się przed moimi oczami, ukazując całkiem niebanalną zawartość.

Jak to dalej napisać w kraju, gdzie oficjalnie kwestia seksualności przeciętnego obywatela jest konsekwentnie zamiatana pod dywan, a zachowania seksualne odbiegające od pozycji na misjonarza w egipskich ciemnościach wywołują niezdrowe poruszenie? Okazuje się, że w Szwecji, pomimo wszystko, też nie jest za różowo. Ten stan rzeczy popchnął autorów do popełnienia powyższej książki – przynajmniej taką motywację podają oni na wstępie.

Książka jaka jest każdy widzi – w tym wypadku ocenianie jej po okładce nie wniesie niczego krzywdzącego. Jest to po prostu książka o… Tak, autorzy zapewniają nas o tym na okładce właśnie: ‘ W tej książce znajdziesz odpowiedzi na poważne i zabawne pytania’. Zapewniam was, przezabawny może być wyraz twarzy polskiego, tradycyjnego rodzica, czytającego tą książeczkę dziecku na dobranoc i natrafiającego na fragment o… masturbacji. Właśnie ta z pozoru niewinna książeczka nie oszczędza niczego i nikogo: porusza dość kompleksowo niemalże wszystkie – powtarzam: WSZYSTKIE – kwestie związane z siusiakiem: dojrzewanie, kult fallusa, masturbację, obrzezanie, rozmiar i – co więcej – nie pominięto przy tym jąder! Jako osoba dorosła i zdawać by się mogło biegła w temacie sięgałam po książeczkę w ramach ciekawostki, lecz – co tym bardziej ciekawe – dowiedziałam się z niej wielu nowych rzeczy! Wymiar edukacyjny tej książki jest więc bardzo rozległy – chyba przeszedł najśmielsze oczekiwania twórców.

Jest na prawdę odważnie, bezkompromisowo, ale z humorem i bez zbędnych wulgaryzmów. Treść uzupełniają dość radosne fragmenty listów od czytelników. Jest to szczególnie ważne dla młodego człowieka – dzięki temu na pewno łatwiej mu zidentyfikować swoje własne zachowania i pozbyć się związanych z nimi wątpliwości. Całość napisana bardzo przystępnym językiem bez zawiłych naukowych definicji, a także obiektywnie – niektórzy na pewno będą zawiedzeni brakiem moralizatorstwa.

Czy jednak polski rodzic przeczyta tą książkę dziecku? Bez zająknięcia wymówi słowo ‘brandzlowanie’ i nie spali przy tym buraka? Jeśli nie przeczyta, czy zdobędzie się na to, aby ją kupić? Czy woli w takim razie mieć dziecko uświadomione przez katechetkę uczącą o tym, że seks to zło?  Drodzy rodzice! Nawet jeśli nie kupicie tej książki w trosce o wyidealizowany obraz swojego dziecka, ono zapewne przeczyta ją samo – choćby z czystej ciekawości, która towarzyszy mu od momentu przyjścia na świat. Niechże towarzyszy jak najdłużej!

*

Z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka najlepsze życzenia dla wszystkich dzieci oraz tych, którzy wciąż w jakimś stopniu czują się dziećmi!

Advertisements

Immortal – Battles in the North

Nie będę opisywać po kolei fascynacji płytą ‘Det som Engang Var’ Burzum, która początkowo mnie tak przeraziła, jak zafascynowała, ani też kolejnymi wydawnictwami Mayhem i Darkthrone. Przejdę od razu do tego, co wydaje się być logiczną kontynuacją mojej podróży, zapoczątkowanej płytą De Profundis by Vader.

Zespół Immortal ma swoje korzenie w pierwszej fali norweskiego black metalu, co doskonale słychać w surowym, niezbyt gładko obrobionym brzmieniu ‘Battles in the North’. Sięgnęłam właśnie po tą płytę zahipnotyzowana teledyskiem do numeru ‘Blashyrkh’, jaki dane było mi obejrzeć na niemieckiej Vivie, gdyż Headbanger’s Ball już wtedy odszedł i dotychczas nie powrócił. W teledysku tym dwóch półnagich kolesi w corpse-paincie ganiało z gitarami po ośnieżonych górach. To był black metal – tak przynajmniej zapewnił prowadzący program (nazwy nie pamiętam) – ten zły, niedobry, norweski black metal, o którym szumiała jakaś gazeta, że doprowadza do obłędu, że już kościoły palą, koty jedzą, się zabijają się! I wiedziałam już, że chcę właśnie tego, bo nie ma od tego odwrotu – skoro może być bardziej ekstremalnie, tu muszę tego spróbować!

Ponieważ zdobycie płyty CD ‘Battles in the North’ również obecnie nie jest łatwe – ani jednej na allegro, trzy na ebayu w cenie zboża po klęsce żywiołowej – zaopatrzyłam się tradycyjnie w wersję kasetową i odpłynęłam w mroźny, nieprzyjazny świat zawarty w warstwie tekstowej. W publikacjach na ten temat jest to zwykle opisywane jako novum – dotychczas teksty innych black metalowych zespołów ociekały krwią, smołą i diabłem. Pomimo dość podziemnej realizacji materiału muzycznego, do tej pory zwraca moją uwagę wysoki poziom techniczny, jakim dysponowali wówczas panowie oraz wrażenie, że można z tą muzyką pójść znacznie dalej. Tak się też stało – każde kolejne wydawnictwo spod znaku Immortal zaskakuje zmianą brzmienia czy złożoności kompozycji. Tylko tematyka tekstów nie zmieniła się przez lata, co moim skromnym zdaniem, jest całkiem niegłupie.

Zanim napisałam tą skromną reckę, odgrzebałam gdzieś ‘Battles in the North’, co by przypomnieć sobie o czym mam pisać. Bez wątpienia materiał cieszy również dziś, choć ‘All Shall Fall’ jakby bardziej.

PS: Przed chwilą doniesiono mi, jakoby płytka była gdzieś wystawiona za 1 EUR, więc może zdobycie jej to kwestia cierpliwości?

Szamanka (1996)

Manuelę Gretkowską szanuję i podziwiam za felietony, książki oraz inne formy literackie, ale nie umiem przejść do porządku dziennego nad tym, że jest również autorką scenariusza do filmu Andrzeja Żuławskiego ‘Szamanka’. Obraz ten jest czymś tak kompletnie wykręconym, że aby sobie to wyobrazić, należy go obejrzeć. Nie więcej, niż raz. Potem można, a nawet trzeba obejrzeć coś głupiego, na przykład z serii ‘Naga Broń’ lub ‘Straszny Film’, gdyż reset mózgu jest jak najbardziej wskazany.

Akcja dramatu, o iście greckiej strukturze, skupia się wokół tajemniczej, małomównej, lecz targanej seksualno-krwiożerczymi obsesjami panience. Przyjeżdża ona na studia do większego miasta i od pierwszych chwil mąci w życiu głównego bohatera. Co i raz na jej drodze pada jakiś trup, a główny bohater w efekcie wszystkich mniej lub bardziej dziwacznych wydarzeń, sięga dna. Co w tym niezwykłego? Osoba bohaterki – na pół ludzkiej, na pół zwierzęcej, robiącej wrażenie niedorozwiniętej femme fatale, co i raz manifestującej zachowania z kosmosu, bo czy ktoś zna dziewczynę, która wyjada kotu żarcie z miski? Nie wiem na prawdę, jakim zamysłem kierowała się autorka scenariusza – czy to była kontrowersja dla samej kontrowersji? Osobiście nie widzę, aby coś więcej za tym stało. W filmie znajdziemy więcej tego typu smaczków, po których będziemy omijać lodówkę szerokim łukiem przez tydzień, a zawarte w nim sceny seksu są przeważnie zredukowane do minimum typu ‘podnieś spódnicę’. Cóż, niektórych i to kręci.

Film ma tak kiepsko zrealizowany dźwięk, że trzeba oglądać go albo bardzo głośno, albo na słuchawkach, a i tak nie dotrze do nas sto procent niezbyt treściwych dialogów. Dziwne, jakby niedopracowane wątki poboczne również utrudniają odbiór tego osobliwego dzieła o klamrowej kompozycji – kto oglądał, ten wie. Warto jednak jako zaletę potraktować przedstawiony w filmie turpistyczny obraz obrzydliwego,  rozkładającego się dużego miasta w latach 90 – dworce, pociągi, zapyziałe wioski. To było coś, co śniło mi się po nocach i nawiedzało za dnia, ale jakże intrygowało! Co do reszty filmu – sprawa jest bardzo dyskusyjna i do tej pory nie umiem się ustosunkować jednoznacznie. Jestem na tak, ale na nie.

PS. Nie byłabym sobą, gdybym nie przytoczyła legendy, jakoby aktorka grająca główną rolę kobiecą po zakończeniu zdjęć wymagała pomocy psychologa. Czyżby nie przeczytała ze zrozumieniem scenariusza ? Przykładowo: scena 195: teraz wyjadaj żarcie kotu z miski… pisalibyście się na taką rolę?

Vader – De Profundis

Zespół Vader zaintrygował mnie, zanim jeszcze zapoznałam się z ich muzyką. W branżowej prasie kolorowej odnalazłam artykuł o zespole i stwierdziłam, że muszę koniecznie przyjrzeć się temu bliżej. Co było tak wyjątkowego? Vader grał death metal – coś, czego jeszcze nie odkryłam, ale działało na mnie jak magnes. Poza tym był z Polski, co – biorąc pod uwagę medialną dominację zagranicznych kapel – było dodatkowym punktem do skilla zajebistości, bo gdy odpaliłam kasetę VHS z zarejestrowanym nań programem Headbanger’s Ball i zobaczyłam teledysk do ‘Dark Age’, byłam na prawdę dumna. To był Vader, z Polski, z Olsztyna, w zagranicznym programie! Nie rozumiałam tej muzyki kompletnie, nie byłam w stanie nawet stwierdzić, po jakiemu ten pan się produkuje. Ziarno zostało jednak zasiane.

Jakiś czas później, w sklepie mieszczącym się w dużej wilgotnej ciemnej piwnicy, gdzie trzeba było zejść po nieco krętych schodkach, kupiłam kasetę Vader ‘De Profundis’. Przesłuchałam ją w domu trzy razy, po czym poleciałam obgadać to z kumpelą. ‘Wiesz, przesłuchałam ich trzy razy, totalny łomot, nic z tego nawet nie pamiętam, ale jest spoko’. Wsiadłam właśnie do pociągu nie byle jakiego, gdyż był to pociąg do ekstremy. Postanowiłam zwiedzać metal na własną rękę, bo nikt dookoła nie podzielał tej fascynacji.

Słuchałam ‘De Profundis’ jeszcze czwarty, piąty… sto osiemdziesiąty raz. Trzynastoletnie ucho zaczęło chyba kumać, o co w tym chodzi, tak jak tylko było to możliwe. Dzieło moim zdaniem jedno z bardziej udanych – nie ma na nim słabych kompozycji. Typowa dobra płyta by Vader, gdzie spotykamy się ze wszystkim, co najlepsze zespół ma do zaoferowania, od doskonałej technicznie perkusji po różnorodne chwyty aranżacyjne, typowe dla gatunku. O warstwę tekstową tradycyjnie zadbał Paweł Frelik, więc trzyma bardzo wysoki poziom.

Płyta De Profundis dziś brzmi dla mnie równie niesamowicie, co wtedy, z tą różnicą, że dziś już bardziej wiem, czego słucham i dzięki temu mogę pełniej ją odbierać. Cały materiał na niej zawarty nie stracił nic ze swojej mocy z biegiem czasu, wręcz przeciwnie – zyskał zupełnie nowy wymiar. Po prostu, ekstrema z wiekiem nabiera smaku m/

Modlitwy Waginy

Kto choć raz spotkał się z twórczością Charlotte Roche, nie potrzebuje chyba dodatkowej zachęty, aby sięgnąć po ‘Modlitwy Waginy’. Kontrowersyjnym tytułem zostało bowiem opatrzone pisanie, które dotyka o wiele głębszych tematów, niż tylko spowita skrajnymi emocjami cielesność. Znam to doskonale z poprzedniej książki ‘Wilgotne Miejsca’, przez której początek co wrażliwsi nie byli w stanie przebrnąć, a to była pułapka. Nie wszystko jest tym, czym nam się wydaje, drogie dzieci! Warto czasem poznać coś dogłębnie niż osądzić po pozorach!!

O książce dowiedziałam się jak zwykle z gazety, gdzie pobieżnie skomentowane strzępki treści zostały wgniecione w jakiś inny kontekst.  Wiedziona jak zwykle głodem ekstremalnych przeżyć duchowych, zakupiłam książkę od pierwszego lepszego allegrowicza, jaki oferował ją w miarę tanio. Wiedziałam już, że będzie o kobiecie ze skomplikowaną sytuacją sypialnianą w związku małżeńskim. I ten jednoznaczny, piękny tytuł! I świadomość, że Charlotte Roche to nie przelewki!!

Autorka jak zwykle nie patyczkuje się: od razu lądujemy we wspomnianej sypialni, z mężem, z elektrycznym kocem, z naturalistycznymi, niezbyt podniecającymi opisami, ale cóż – to życie, nie film dla dorosłych made in USA ! W prawdziwym świecie nie każdy z nas ma silikony, za to mamy krosty, choroby, włosy pod pachami, jesteśmy czasem brzydcy, obleśni, perwersyjni na osiemdziesiąt sposobów i ‘posunięci’ przez czas! Deal with it! Licząc na gorącą atmosferę od początku, można się delikatnie przeliczyć, ale po chwili z chęcią i ciekawością podglądacza możemy podążać za główną bohaterką, odkrywając jej niezwykle złożony świat. Jak to zazwyczaj bywa u Charlotte Roche, wkrótce okazuje się, że aspekt seksualny w tej książce to tylko wierzchołek góry lodowej, a to, co istotne, tkwi dużo głębiej.

Bohaterką jest około trzydziestoletnia kobieta uwikłana w niełatwe relacje z rodzicami, naznaczona traumą sprzed lat, która kładzie się cieniem na jej życiu. Wraz z mężem wychowuje córkę z poprzedniego związku i całe jej życie kręci się wokół rodziny, podtrzymywania relacji małżeńskich za każdą cenę, a także wokół obowiązkowych sesji terapeutycznych. Nie jest to bohaterka, z jaką mogę się utożsamiać (tak, egoizm… tak, mhm…), toteż częstokroć mnie irytowała podczas lektury, jednak sporym przegięciem jest zestawienie jej z Anastasią z ’50 Twarzy Greya’, jak to już uczyniono w pewnej gazecie, gdyż nie jest bezdennie naiwną istotą ze współczesnej bajki o bogatym panu i BDSM, a kobietą z krwi i kości. Pogubioną, owszem, lecz pod koniec jakby załapuje, o co jej chodzi w tym życiu, jeśli tak można to nazwać. Cała pikanteria jaka zawiera się w tej książce to dosłownie kilka dość mocnych opisów, nie mieszczących się do końca w głowie przeciętnemu zjadaczowi chleba w tym kraju, chociaż może jak zwykle nie doceniam czyichś fantazji – przepraszam. Przez resztę treści sięgamy w głąb mrocznych zakamarków psychiki głównej bohaterki, poznajemy tragiczną historię sprzed lat i jej skutki. Części układanki zaczynają łączyć się w jedną całość, aby dojechać szczęśliwie do całkiem zaskakującego finału.

Jeśli ktoś spodziewał się po tej książce kolejnego ‘porno dla mamusiek’ będzie gorzej niż zawiedziony. Język, fabuła oraz przemycane między wierszami przemyślenia autorki to zupełnie inny poziom czytania, dla niektórych nie do przeskoczenia. Szczerze polecam ludziom, którzy – podobnie jak ja – lubią mocno psychologiczne wątki, z odrobiną tych subtelnie świńskich oczywiście.

Biohazard – State of The World Adress

Z zespołem Biohazard spotkałam się w zderzeniu z bluzą starszego kolegi ze szkoły, w którym się podkochiwałam. Postanowiłam przyjrzeć się tej sprawie z bliska za pośrednictwem odpowiedniej prasy, skąd między innymi dowiedziałam się, że muzyka rzeczonego zespołu to fuzja metalu i rapu. Takie porównanie samo w sobie brzmiało egzotycznie, nie mniej, niż to, czego doświadczyłam później, oglądając mój ulubiony program Headbanger’s Ball. Był to zapewne rok 1995, ale ręki sobie nie dam uciąć. Trwała promocja albumu State of The World Adress, toteż szybko zaopatrzyłam się w jego wersję kasetową.

Dopiero po dziesięciu latach, gdy internet na dobre wprowadził się do mojego domu, dowiedziałam się, że ta ‘fuzja metalu i rapu’ to crossover i wcale nie musi zawsze składać się z tych samych komponentów. Dużym przeoczeniem było pominięcie trzeciego składnika, jakim był hardcore – wpływ tego gatunku słychać najbardziej na starszych płytach, niemniej obecny jest również w kompozycjach ze State of The World Adress. Pytając pierwszego lepszego dzieciaka na deskorolce, jaką muzykę gra Biohazard, można było się dowiedzieć tylko, że ‘metal z rapem’. Ktoś tu namieszał…

Jakkolwiek nie wyglądałaby sprawa zaszufladkowania, taki crossover wówczas okazał się atrakcyjny dla mnie brzmieniowo w stopniu najwyższym. Ciężkie, niekiedy sabbathowe riffy, zastosowanie typowo metalowej harmonii w kompozycjach, częste zmiany tempa  to elementy, które w konfrontacji z wokalistą ‘zapodającym rymy’, połamanym beatem i ‘społecznymi’ tekstami stworzyły power nie ustępujący Chaos A.D. Sepultury, a nawet momentami idący dalej. W tym samym czasie usłyszałam też Rage Against The Machine, ale ich twórczość nie wpadła mi w ucho – za dużo funku, zbyt mało metalu. Muzykę RATM docenię później, ale na pewno nie do tego stopnia.

Nie mogłam pośpiewać z wokalistą za bardzo (porzygać do dezodorantu?), gdyż mój umysł nie obejmuje tego sposobu interpretacji tekstu, za to motyw grany na fortepianie odwzorowałam na klawiszach bardzo szybko.  Muza przesycona klimatem nowojorskich ulic, labiryntów metra, ciemnych zaułków, podejrzanych okolic, tak w warstwie tekstowej, jak i muzycznej, sprawiała, że mogłam sobie usiąść, zamknąć oczy i znaleźć właśnie tam, gdzie narodziły się te dźwięki. Magia? Potem odkryję, że sporo kapel wywodzących się z Nowego Jorku ma w swojej muzie taki swoisty, unikatowy wręcz niepokój. Jakby w tym metrze, w tych ciemnych uliczkach czaiło się coś wyjątkowo paskudnego…

Katowałam State of The World Adress bardzo długo, a równolegle z nim inne płyty Biohazard, ale ta była pod wieloma względami wyjątkowa. Kapela osiągnęła wówczas szczytową formę, co w dużej mierze przełożyło się na efekt końcowy. Powstała płyta dojrzała, dzieło skończone, o mocy bomby atomowej. Jak większość dzieł spod znaku ‘crossover’, wywarła znaczny wpływ na zbliżający się wielkimi krokami w kierunku metalowego mainstreamu nu metal (spotkałam się nawet z takim określeniem twórczości Biohazard i nieledwie spadłam z krzesła…). Wszystko, co zadziało się potem, było już mało fascynujące. Zaszły też zmiany personalne, które w moim odczuciu zaważyły na działalności zespołu.

Wróciłam do albumu po wielu latach, kupiłam sobie nawet oryginalny CD, ale już mnie nie podniecił. Nie potrafiłam zrozumieć, co było w nim tak wyjątkowego – byłam już inną osobą, miałam inne potrzeby. Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że płyta jest dla mnie szczególna i dokonała zmian w moim sposobie odbierania muzyki.

Może powinnam jeszcze spróbować?

Sepultura – Chaos A.D.

Zanim sięgnęłam po Sepulturę, słuchałam przeważnie hard rocka, od Deep Purple po Guns n’Roses. Metal od zawsze mnie nęcił (te skóry, ci faceci…), więc postanowiłam sprawdzić, o co w nim biega. Najłatwiej było oczywiście kupić sobie parę kaset, ale co będzie, jak się nie spodobają? I co tak właściwie kupić? Wiedziałam, że raz w tygodniu, po godzinie 0.00 na MTV (tak, wtedy jeszcze była tam muzyka) leci program Headbanger’s Ball. Ponieważ o tej porze grzeczne dzieci już dawno śpią w łóżeczku, przebiegłe dziecko Rosemary wzięło kasetę VHS, zaprogramowało magnetowid i jakby nigdy nic poszło spać. Rozwiązanie na miarę XXI wieku. W dzisiejszych czasach, gdy chcę obadać jakąś nową kapelę najpierw szukam jej na YouTube. Nic się nie zmieniło, poza środkami przekazu.
Zawartość kasety następnego dnia wyrwała mnie z butów. Pierwsze zetknięcie z growlem – ucho przyzwyczajone do czystych wokali z początku zaprotestowało. Pierwsze zetknięcie z muzyką – wow! Pierwsze zetknięcie z materiałem wizualnym – szok, ale jakże pozytywny! Prezenterką była wówczas Vanessa Warwick – z zielonymi włosami, z kolczykiem Monroe (kiedy szczytem ekstrawagancji były dwie dziurki w jednym uchu, to była prawdziwa perwersja…), ubrana w ciuchy, które ciężko było sobie wyobrazić w Polsce, na początku lat 90. I chociaż to wszystko razem momentami było dla mnie ‘too much’, kupiłam ten mroczno-kolorowy bajzel i używam do dziś.

Lejesz wodę, Karolina…

Nie ulega wątpliwości, że na początku był chaos. Siedząc dziś niewygodnie przed komputerem nie potrafię jednak przypomnieć sobie, jak po kolei do tego doszło. Na pewno płyta była oryginalna, taka z książeczką, z hologramem i nie od Ruskich. Na pewno też słuchałam jej, gdy rodziców nie było w domu, a że nie było ich w domu bardzo często, po jakimś czasie znałam wszystkie piosenki na pamięć i byłam je w stanie nawet ‘wyrzygać’. Tak. Wyobraźcie sobie teraz growlującą trzynastolatkę. Grubo, nie? Z tego miejsca pozdrawiam moich ówczesnych sąsiadów i dziękuję za wyrozumiałość. Potem było tylko gorzej. Miałam już moją pierwszą gitarę – polskie pudło Defil – na której próbowałam zapodawać riffy do Refuse/Resist, Territory, Slave New World, jakbym wiedziała, że za ponad dziesięć lat mi się to przyda.

Co było niezwykłego w Chaos AD?

Sepultura to zespół, który powstał w latach 80 w egzotycznej dla przeciętnego europejczyka Brazylii. Kraj ten, kojarzony przede wszystkim z plażą, sambą i karnawałem w Rio, ma również sporą zawartość metali ciężkich, o czym przekonam się nieco później. W tamtym czasie sam fakt, że Brazylia to nie tylko Lambada, zrobił na mnie ogromne wrażenie i popchnął do dalszych poszukiwań. Kawałki na płycie są ciężkie, niezbyt szybkie, za to bardzo rytmiczne – powiedziałabym, że momentami nawet taneczne. Wśród nich odnajdujemy także bardzo powerowy instrumentalny numer ‘Kaiowas’, zainspirowany historią plemienia Indian o tej samej nazwie. Warstwa tekstowa to mnóstwo nawiązań do brazylijskich realiów. Pochodzenie odcisnęło swoje piętno na  muzyce z płyty Chaos A.D., lecz nie do tego stopnia, jak zadziało się to na kolejnej, czyli Roots. Niemniej jednak brzmienie i rytmika Brazylijczyków stało się od tej pory nie do podrobienia i wywarło ogromny wpływ na zupełnie nowy styl w ciężkim graniu: Nu Metal.

Nie jest to może muzyka zaawansowana technicznie i kompozycyjnie, pełna wirtuozerskich solówek, karkołomnych przejść, czy też nieparzystego metrum, ale wystarczy, aby wyrwać dzieciaka z bajek o księżniczkach i wprowadzić w zupełnie inny świat. Dzieje się tak głównie za sprawą ogromnego powera, jakim dysponuje – tu warto podkreślić, że był to szczyt formy zespołu, a zaangażowanie muzyków w podejmowane wówczas projekty udzielało się słuchającym i zapewne wywróciło do góry nogami gust muzyczny niejednego małolata.  Numery są różnorodne, dzięki czemu nie powstaje pierwsze wrażenie zlewania się w jedną szarą bezcielesną materię. Przy minimalnym poczuciu rytmu oraz słuchu muzycznym, można sobie szybko i łatwo odwzorować niektóre partie na własnym instrumencie, co zapewnia dodatkowy fun i spalanie kalorii.

50 Twarzy Nieporozumienia

Namnożyło nam się ostatnio przeróżnych książeczek, przeważnie wydanych na nędznym papierze, w nędznych okładkach. Zalegają nie tylko półki empików i księgarń, ale nawet wystawki w supermarketach oraz osiedlowych sklepiczkach z ‘bułką i kiełbasą’. Łączy je przeważnie dość wyobracany wątek fabularny: on jest zły, ona dobra, on ją deprawuje, jej się to podoba, chce więcej, więc jest gotowa na wszystko, co znaczy, że… jest gotowa na WSZYSTKO!! Całość napisana prostym, wręcz prostackim językiem oraz okraszona łopatologicznymi, powtarzanymi w koło Macieju opisami seksu. Moda na ‘porno dla mamusiek’ – bo tak to zjawisko nazwały media – i wysyp pisanych według powyższego schematu czytadeł rozpętała pewna trzytomowa cegła autorstwa niejakiej E.L.James. Przed wami – tadaaaa!! – 50 Twarzy Greya.

O książce dowiedziałam się z Newsweeka, gdzie wspomniała ją w swoim felietonie Manuela Gretkowska. Kilka szczegółów z fabuły rzucone poza kontekstem, zwróciły moją uwagę. Wyobraziłam sobie bowiem na ich podstawie,  taki oto przebieg akcji:
ona jest dobra, niewinna, on jest bogaty, bezwzględny, zdegenerowany i sprowadza ją na złą drogę, zmusza do robienia różnych BDSM i nie tylko rzeczy, które wcale jej się nie podobają, ale robi je, bo jest już psychicznie przez niego wmanewrowana, w finale on ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, a ona żyje z traumą przez resztę życia, spaczona na zawsze. Wow, mocne!! Lecę do księgarni!!!

Gdyby tak było, skończyłoby się na jednym tomie, a wyszły trzy. O trzy za dużo.

W pierwszym tomie, jak łatwo się domyślić, następuje zawiązanie akcji: Anastasia Steele, studentka ostatniego roku, wrobiona przez koleżankę, przez przypadek poznaje Christiana Greya – młodego, obłędnie przystojnego, na dodatek obrzydliwe bogatego biznesmena –   i od razu wpadają sobie w oko. Ten moment już powinien mi śmierdzieć – dlaczego bogaty koleś, który może mieć wszystko nagle zawiesza oko na pierwszej lepszej gąsce, która nawiedza go celem zrobienia wywiadu?? I jak to się stało, że ma 28 lat i już jest posiadaczem fortuny: firm, helikopterów, bodyguardów, samochodów, diabłów, czortów?? I dlaczego łazi za nią jak opętany, jakby nie miał nic lepszego do roboty?? Oj, ktoś tu naciąga rzeczywistość, jak gumkę od wielkich gaci cioci Frani!!

Zachowanie głównej bohaterki natomiast  jest okrutnie irytujące. Jest to młoda panienka, która nie umie przyjmować prezentów, na każdym niemalże kroku robi z igły widły, a do tego kompletnie nie umie się odnaleźć w świecie, w którym na pewno doskonale odnajdują się już szesnastolatki. Mimo, iż z początku posiada ona własne zainteresowanie i plany, przez resztę tekstu wypełnia ona przestrzeń obok swojego boga seksu i Wszechświata. On myśli, marzy, planuje i działa za nią. Bóg ten, zamiast przywalić jej czasem z liścia, znosi jej żałosne zachowanie niemalże z poker-fejsem. W pewnym momencie byłam zdeterminowana, aby przywalić jej własnoręcznie. Wobec niektórych kobiet po prostu ciężko się powstrzymać.

Główny bohater zapowiada się idealnie – jest tajemniczy, przerażający, ma trochę brzydkich rzeczy na sumieniu – trudne dzieciństwo, skomplikowane dojrzewanie, burzliwą młodość. Jednakże im dalej brnie w relację z Anastasią Steele, tym bardziej zmienia się i zaczyna przynależeć do jej świata, gdzie kwitną kwiatki, dzieci się śmieją i wszystko jest takie piękne, proste, nie ma wojen, nie ma pejcza, nie ma… Jak można zepsuć taką kreację głównego bohatera!!?? Za to powinien grozić najwyższy wymiar kary!!!!!
Mniej więcej do połowy tomu pierwszego trwają zaloty tej pary nie-do-pary i powoli okazuje się dla mnie jasne, że moja ‘wersja’ tej powieści to… tylko moja wersja tej powieści, z którą mogę zrobić co chcę np. napisać własną powieść, lecz na pewno 50 Twarzy Greya już zmierza nie tam, gdzie Karolina sobie wyobraziła. Prawie jak DeSade. Prawie robi taką różnicę, że chyba Challengerem jej nie pokonam w obecnym życiu.

Od połowy tomu pierwszego akcja zaczyna zmierzać w kierunku sypialni. Kierunek ten – niestety – będzie się już utrzymywał do samego końca. Hej!! ‘Niestety’!!?? Napisałam ‘niestety’??!! Przecież chciałam poczytać o czymś zboczonym, obleśnym i jak mam ku temu okazję przez setki stron ja piszę ‘NIESTETY’??!!  Nowy kierunek powoli obiera również Christian Grey, ale o tym najwięcej dowiemy się w drugim tomie. Pierwszy kończy się chwilowym rozstaniem i – jak dla mnie – mogłoby już tak zostać. Po pierwszym tomie miałam jeszcze ochotę na drugi, chociaż ubogi język powieści, kiczowata fabuła, denerwująca namolność Greya oraz kreacja głównej bohaterki pozostawiły we mnie duży niesmak. Usprawiedliwiałam się tylko tym, że na co dzień wykonuję pracę umysłową i potrzebuję się ‘odmóżdżyć’. Grzechy odpuszczone. Kup sobie ten drugi tom, a proszę cię bardzo!!

W drugim tomie główny bohater ewidentnie zrywa ze swoimi przyzwyczajeniami i pod wpływem naiwnej dziuni staje się dobry, przewalcza traumy z dzieciństwa, poniekąd kończy z BDSM, a nawet prosi dziunię o rękę. Na każdym kroku dochodzi między nimi do stosunku, gdziekolwiek by się nie znajdowali i cokolwiek by się nie działo. Opisy różnią się tylko konfiguracją, zawsze jest wspomniana ‘nabrzmiała męskość’ i moment zakładania prezerwatywy (a to akurat słuszne i pedagogiczne, powinno się znaleźć w lekturach szkolnych). Już dawno przestały mnie podniecać. Szczerze mówiąc – mam ich dość. Podczas czytania drugiego tomu moim mottem życiowym stało się ‘Rzygam tęczą’. Gdy byłam w połowie, książka zaliczyła zderzenie ze ścianą i przez miesiąc do niej nie zaglądałam.

Może to nieuczciwe, z waszego punktu widzenia, drogie dzieci, ale nie sięgnęłam już po trzeci tom. Koleżanka zrelacjonowała mi go następująco: ‘Wiesz… mniej więcej tak: siedzimy na plaży, fajnie jest, no to bzykajmy się… ja ci obcinam włosy, jest fajnie, bzykajmy się…będziemy mieli dziecko, bzykajmy się… spotkanie rodzinne, bzykajmy się…’ Na te słowa cała tęcza podeszła mi do gardła. Zapuściłam oczywiście żurawia podczas wizyty kontrolnej w empiku i tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że przeczytanie dwóch tomów to było dla mnie zdecydowanie enough. Po drodze do wyjścia minęłam wysepkę, gdzie zalegały już podobne w treści tytuły. Przeczytałam kilka opisów i spytałam się w duchu: – To już teraz tak będzie? Najwyraźniej tak właśnie teraz będzie, dopóki nie nastąpi zmęczenie materiału. Keep Calm and Read Something Else. Lektura 2/3 ’50 Twarzy Greya’ nie wniosła w moje życie niczego, poza kilkoma fajnymi kawałkami do słuchania, a odebrała o wiele więcej – około 60 złotych i kilka godzin czytania. Mogłam ten czas i pieniądz spożytkować zupełnie inaczej.

Poszłam do delikatesów i kupiłam herbatę – Earl Grey.
Nie muszę chyba specjalnie podkreślać, iż jest ona bardziej strawna niż pan Grey i jego familijne porno.


Jestem na NIE 😛

Nobel.

o.O

Ja mam zabałaganiony i upie*dolony stół. Gdzie ten Nobel, ja się pytam ???!!!

Śnieżek.

To tak, na wypadek, gdyby ktoś mi nie wierzył. Piękna zaspa pod oknem:D
śnieżek

Już nie powiem – przynajmniej w tym roku – ‘Zimo, wypier…’ bo im częściej to mówiłam, tym bardziej wiało i padało 😛